Krótka Piłka 2015 cz. 6

Piłka meczowa: Chelsea Wolfe: Abyss
Smutne piosenki śpiewane pięknym, kobiecym głosem. Było. Ale czy podkład do nich stanowiła mieszanka akustycznego rocka i doom/sludge metalu, ze szczyptą elektroniki? Możliwe, ale ja się spotykam z czymś takim po raz pierwszy i jestem szczerze oczarowany twórczością pani Wolfe. Tym bardziej, że poza swą pięknością muzyka panny Wolfe urzeka mnie również swoim ponuro-strasznym nastrojem, kojarzącym się z dobrymi horrorami. I choć zdarzają się tu słabsze momenty (np. “Simple Death”), to jednak nikną one przy wspaniałości reszty (na czele z niemożliwie wręcz dobrym “Survive”). Polecam serdecznie!

Apophys: Prime Incursion
Zachęcili mnie ultra-brutalnym singlem “The Red Planet”. Intensywny, nie odpuszczający słuchaczowi śmierć-metal, taki jak lubię. Obadałem płytę i jest ona pełna dokładnie takiego grania. Niestety, poza tym nie ma tu nic- żadnej różnorodności. Tylko ciągły nakurw, który dość szybko robi się męczący.

Bullet for My Valentine: Venom
Kiedy oglądam mecz i grają dwie drużyny, na które mam ogólnie wyjebane, zawsze kibicuję “słabszym”. Ot taki psychologiczny spadek po matce. Podobnie mam z niektórymi zespołami- ktoś kiedyś nagrał pół dobrej piosenki, a potem tylko gówno, to i tak będę śledził co tam urodzili. Czasami przynosi to zwroty w postaci dobrej muzy- np. Machine Headami gardziłem szczerze swojego czasu, a udało im się naprostować i ostatnie kilka albumów jest bardzo przyjemne. Są też sytuacje, gdy zespół nie spłaca kredytu zaufania. I tak jest z BFMV. Kolejny już raz serwują bezpłciowy emo-thrash, który wzbudza tylko uczucie politowania. Chyba czas dać sobie spokój.

Cattle Decapitation: The Anthroposcene Extinction
Jak to zwykle u nich: bardzo fajny death-grindowy napierdol z mocnym, ekologiczno-mizantropijnym przesłaniem. Do posłuchania i przemyślenia.

Disturbed: Immortalized
Po pięciu latach powraca z niebytu jedna z gwiazd amerykańskiego rock radia. Tym razem, do typowego dla siebie nu metalu dorzuca szczyptę stadionowego rocka, z całym ładunkiem patosu i kiczu. Jest to dość ciekawy zabieg, jednak nie zmienia faktu, że ich twórczość jest dość miałka i można sobie Immortalized spokojnie odpuścić.

Fear Factory: Genexus
W jaki sposób Dino Cazaresowi udaje się od ćwierć wieku tworzyć nowe piosenki z tych samych kilku klocków pozostaje dla mnie tajemnicą. Jakby nie było, Farbyka Strachu powraca po raz kolejny, tym razem z dość przyzwoitym skutkiem. Stylistycznie zmian nie ma, brzmieniowo (i jakościowo w sumie też) Genexus plasuje się gdzieś po środku między surowym, doskonałym Mechanize, a zbyt ugłaskanym i nudnym The Industrialist. Ogólnie słucha się przyjemnie, ale płyta szybko odkrywa wszystkie swoje karty i nie ma potrzeby do niej wracać.

Ghost: Meliora
Po pierwszym singlu “Cirice” spodziewałem się tytułowego “meliora”- czyli lepiej. A konkretnie piosenek trochę ostrzejszych, mroczniejszych i wymagających więcej wysiłku od słuchacza. Dostałem tylko odrobinę pierwszego i może ostatniego. Zacznijmy od brzmienia, które nie jest tak wypolerowane jak na Infestissumam i w sumie fajnie zbliża najnowsze dzieło Szwedów do tego, co słyszymy na ich koncertach. Co do wymagających piosenek, to hitów do których wracam z prawdziwą chęcią jest tu sztuk dwie: w/w, zbliżone do slayerowego “Spill the Blood”, “Cirice” oraz super melodyjny “He Is”. W obu przypadkach potrzebowałem paru przesłuchań by przekonać się o ich wspaniałości. A co z resztą? Ponoć gdzieś tam są inne piosenki, ale ja kojarzę tylko małe fragmenty: np. zbyt krótki refren w “Spirit”, zbyt długą całość w ”Majesty”, czy ładną solówkę na klawiszkach w “Mummy Dust”. Podsumowując: od Duszka oczekuję płyty pełnej hitów. Kiedy ich stosunek do reszty wynosi 2 do 8 (wliczając dwie instrumentalne miniaturki), odczuwam srogi zawód. Zamiast meliora dostaliśmy peiora.

Grave Pleasures: Dreamcrash
Zmiana nazwy, przesunięcia kadrowe i oto niegdysiejszy Beastmilk powraca jako Grave Pleasures. Powraca, na szczęście, z wydawnictwem bardzo udanym. Jako, że główny kompozytor zespołu odszedł, należało się spodziewać zmian w stylistycznych, jednak nie są one tak radykalne, by nie poznać z kim mamy do czynienia. Ciągle jest grany melodyjny rock, z jednej strony zimny i smutny, a z drugiej diablo chwytliwy, z tym, że na Dreamcrash część piosenek idzie w kierunku bardziej (post)punkowym. No i Kvhost momentami zajeżdża totalnym Danzigiem (np. “Taste the Void”). Ale to i tak szczegóły, bo liczą się piosenki. A te tutaj są tylko albo dobre albo bardzo dobre (“New Hip Moon”, “Crisis”, i “Lipstick on Your Tombstone”). Trzeba tylko dać kilka przesłuchań, bo swe walory odkrywają dopiero po pewnym czasie. Do czego serdecznie zachęcam.

Kataklysm: Of Ghosts and Gods
12 płyta na 20-o lecie działalności- te liczby wyglądają całkiem imponująco. Sama muzyka też całkiem daje radę, nawet za kolejnym razem, kiedy dochodzi do słuchacza, że to w zasadzie taka popelinka, co udaje ekstremę. Tak naprawdę wkurwiają mnie tylko te patetyczne, prawie power metalowe patenty, ale na szczęście nie ma ich za wiele. Za to praktycznie każda piosenka fajnie buja, a kompozycje są zróżnicowane. Ogólnie jest w miarę.

Krisiun: Forged in Fury
Pierwsza piosenka wchodzi całkiem elegancko, ale od drugiej, każdy kolejny, przeciągany w nieskończoność riff, najlepiej opisuje słowo “usypiający”. Nie sądzę by legendom death metalu z Kraju Kawy chodziło o taki efekt.

Mgła: Exercises in Futility
Srogi zawód. With Hearts Towards None było absoultną rewelacją. Exercises… są taką ich rozwodnioną wersją. Brakuje dzikości i mroku i ogólnie mdła ta Mgła.

Myrkur: M
Chudziutka Dunka próbuje w black metal. Są tu nawet sympatyczniejsze momenty, ale jakoś jej nie ufam. Eteryczno-melodyjne partie są jeszcze całkiem ładne, ale ryki i agresja takie trochę wymuszone. Na dodatek, mimo jedynie 41 minut, całość robi się nudna w połowie.

P.O.D.: The Awakening
Weterani chrześcijańskiego metalu wracają z pakietem naprawdę udanych radio-rockowych piosenek. Cóż z tego, gdy postanowili zrobić z nich koncept album z dialogami i innym ścierwem, co skutecznie dewastuje flow całej płyty. Ponad połowa piosenek rozpoczyna się ponad minutowymi wstawkami, gdzie bohater pierdoli jakieś farmazony, które są zupełnie nieciekawe, i kiedy zaczyna się muzyka, człowiek jest tak wkurwiony, że ma ją zupełnie w dupie. Winszuję pomysłu. Szkoda tym większa, że piosenki są naprawdę dobre (obczajcie melodie w “Criminal Conversations”, albo otwierające całość “Am I Awake”).

The Black Dahlia Murder: Abysmal
Już 12 lat trwa Dahliowa saga, której kolejne, praktycznie nie różniące się do siebie (szczególnie ostatnio) epizody, wychodzą co dwa lata ku uciesze fanów.Tym razem, po pierwszym przesłuchaniu chciałem dać sobie spokój. Znowu to samo! Nawet Slayer jest bardziej różnorodny. Ale dałem Abysmal jeszcze parę szans i odkryłem ten album dla siebie. Sporo tu fajnych, przebojowych death metalowych hiciorów, w których brutalność skrywa fajne melodie (jak w numerze tytułowym, czy w “Vlad, Son of a Dragon”). BDM nie zostanie nigdy legendą gatunku, ale swoje zadania co 24 miesiące solidnie odrabia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

HEAVY METAL OVERLOAD

... and classic rock too!

Racja jest najmojsza....

Bo przecież nie Twojsza...

Twoja Stara Gra Metal

Metal i Piekło

Discover

A daily selection of the best content published on WordPress, collected for you by humans who love to read.

Longreads

The best longform stories on the web

The Daily Post

The Art and Craft of Blogging

The WordPress.com Blog

The latest news on WordPress.com and the WordPress community.

%d blogerów lubi to: