Pierwszy właściwy dzień festiwalu i od rana burza w social mediach. Otóż okazało się, że druga największa scena, Park Stage, nie będzie gotowa na czas. Już nazajutrz usłyszałem od kilku zorientowanych osób, że wykonawca coś spaprał i trzeba było ją stawiać od nowa. Czy miało to coś wspólnego z protestami środowisk chrześcijańskich i solidarnościowych nie wiem, ale takie plotki krążyły po terenie stoczni.
Organizator poradził sobie z tą sytuacją całkiem nieźle i większość wykonawców zagrała tego dnia, chociaż w wielu przypadkach o innych porach niż planowano. Jedynym wyjątkiem był znany z Eurowizji niemiecki Lord of the Lost, którego muzycy pojawili się jedynie przy stole Meet & Greet. Moim zdaniem, żadna strata, ale wiele osób się mocno oburzyło w mediach społecznościowych.
Przy tej okazji warto wspomnieć o wielce pożądanym novum tej edycji Mystika, a mianowicie aplikacji mobilnej, która pokazywała m.in godziny i miejsce występów. Szkoda tylko, że aktualizowano ją z pewnym opóźnieniem, w związku z czym pomimo posiadania tego programu, dynamiczne roszady w czwartkowej czasówce śledziłem na Facebooku. Ale i tak jest to krok w dobrą stronę.
Kolejną nowością tego roku dla mnie, był zakup karnetu VIP. Z tego co pamiętam kosztował jakieś 200zł więcej od zwykłego 4-o dniowego biletu z puli Blind Bird, co przy prawie dwukrotnej przebitce na rok 2024 brzmi jak super okazja. Co dostałem w zamian? Kilka gadżetów, takich jak plastikowy kubek, mały bidon, cienka torba płócienna, plakat i naklejki. Najważniejszy był jednak dostęp do platformy VIP stojącej po prawej stronie głównej sceny, prostopadle do niej. Wpuścili tam co prawda za dużo ludzi i był lekki tłok, ale i tak było warto. Z podwyższenia scena był dobrze widoczna, dach chronił przed słońcem, a jeśli się udało dorwać stołek, to już zupełnie człowiek czuł się królem życia. Do tego dochodziły osobne toalety z normalnymi, nie plastikowymi, muszlami, osobny bar i lodóweczka z darmowymi energetykami firmy Monster. Czyli bez obesrania, ale i tak fajnie i nie żałuję wydanych pieniędzy.

Kolejną nowością w tym roku, dostępną dla wszystkich chętnych, były panele dyskusyjne. Codziennie po południu w sali nad jadłoplacem (skoro food trucki to jadłowozy, to tak będę nazywać food courty) odbywało się spotkanie, gdzie omawiano różne kwestie związane mniej lub bardziej bezpośrednio z graniem i nagrywaniem muzyki. Jako zdeklarowany lewak i feminista nie mogłem odpuścić pierwszej takiej dyskusji, dotyczącej sytuacji kobiet w muzyce ekstremalnej. Niestety, zawiodłem się tak srodze, że kolejne panele już sobie odpuściłem. Cała w tym zasługa osoby prowadzącej, dziennikarki znanej m.in. z Noise Magazine, Agaty Hudomięt. Nie wiem, czy była tego dnia niedysponowana czy po prostu zadanie ją przerosło, ale nawet najgorsze spotkania na które trafiłem w trakcie mojej kariery w korpo-świecie, nie były tak fatalnie moderowane. Mimo, że Hudomięt na co dzień rozmawia z zagranicznymi artystami, tego dnia brzmiała totalnie speszona i nieprzygotowana. Po takiej wyjadaczce spodziewałem się atmosfery luźnej pogaduchy z kumpelami, a dostałem wystraszoną praktykantkę, dukającą pytania z kartki. Gównianą wisienką na torcie porażki był angielski. Tyle się złego działo w tym względzie, że jako anglista co chwila kręciłem głową z niedowierzaniem. Przykład, który sobie zapisałem: “Poland is 5 years later” zamiast “Poland is 5 years behind”, jako opis sytuacji, że Polska jest 5 lat z tyłu. Dramat w chuj. Sytuację w pewnym stopniu udało się uratować bardzo fajnym gościniom: Karolinie Duszkiewicz z CF 98, Katherine Shepard znanej jako Sylvaine i mojej ulubienicy, Justine Jones, frontwoman Employed to Serve. Artystki co rusz przejmowały inicjatywę, rozmawiały między sobą i ogólnie robiły dobrą minę do złej gry. Jak chcecie się pomęczyć, poniżej wklejam link do nagrania (trzeba wejść na yt, żeby odtworzyć), ale dla mnie to było 100% kaszany i momentami wstydziłem się za prowadzącą. A wiadomo, że to najgorszy rodzaj wstydu.
Spiritbox

Wielce nieprzyjemny smak pozostawiony w ustach przez wyżej wspomnianą sytuację zmyłem moim ulubionym festiwalowym napojem, czyli podwójną Jäger Bombą. Smaczne, zdrowe i rozbudzające. W o wiele lepszym nastroju stanąłem koło stołu mikserskiego w B90, czekając na znaną niegdyś z iwrestledabearonce Courtney Laplante i jej zespół Spiritbox. Kanadyjczycy grają nowoczesny, mainstreamowy hard rock/metal, w którym słychać wpływy djentu. Ich proste strukturalnie piosenki stanowią przede wszystkim wehikuł dla Laplante do demonstrowania swoich nadzwyczajnych zdolności wokalnych. Czy to co słyszałem na płytach zostało oddane na żywo? Jeszcze jak! To jak wokalistka przechodziła między czystym śpiewem, a potężnymi growlami było niesamowite. Bardzo też podobała mi się jej luźne zachowanie na scenie i taki trochę nu metalowy (jak zauważył Namtar z blogu Irkalla) bounce przy chodzeniu. Nie wszystko mi jednak podeszło w tym koncercie. O ile numery łączące melodie i ciężkie riffy, takie jak hity “Rotoscope” i “Holy Roller” wyszły doskonale, to utwory spokojne bardzo nudziły. A kiedy pewnym momencie zagrali 2 albo 3 takie pod rząd, cała energia uleciała z klubu. Tym niemniej, Courtney jest super i polecam obczajenie jej w wersji live.
Employed to Serve

Kiedy ekipa techniczna zaczęła zgarniać sprzęt, na szybko z Namtarem czmychnęliśmy na jadłoplac po piwo, by prędko wrócić do B90 i zająć miejsce pod sceną. Ten jakże chytry manewr opłacił się, bo dzięki temu byłem w idealnym miejscu by doświadczyć najbardziej porywający występ tego dnia. Nowoczesny metal kojarzący się z późnym Slipknotem, wymieszany w proporcjach 1:1 ze współczesną wersją hardcore’a Anglicy zagrali tak energetycznie, że zapomniałem o metryce i machałem głową bez opamiętania. Pewnie dlatego do końca festiwalu bolał mnie kark, ale niczego nie żałuję. Muszę oczywiście wspomnieć o osobie Justine Jones, która dzieliła się obowiązkami wokalnymi z jednym z gitarzystów, skakała razem z publiką, a uśmiech nie opuszczał jej twarzy. Wspaniały występ i aż żałuję, że nie pojechałem do Gliwic na Gojirę, gdzie EtS byli supportem.
Dom zły

Na zakończenie kobiecej części pierwszego dnia, poszedłem pod najmniejszą zewnętrzną scenę, czyli Desert Stage, gdzie trwał już koncert moich ulubionych puławian, dowodzonych przez Annę Truszkowską. Krótki, intensywny set, skoncentrowany wokół numerów z epki Śnisz bory tak gęste konkretnie skopał dupę publiki, która odwdzięczyła się chóralnym zaśpiewem “Za-je-biś-cie!”. Jako fan zespołu i ogólnie atmosferycznego sludge metalu, nie mogę się doczekać kolejnej, mam nadzieję długogrającej, płyty.
Bloodbath

W wersji studyjnej ten szwedzki zespół z angielskim wokalistą jest świetnym przedstawiciel rozrywkowego death metalu. Brudne, oldschoolowe brzmienie, proste numery i teksty inspirowane horrorami – wszystko w punkt. I mimo dziesiątek lat na scenie każdego z muzyków, ich twórczość brzmi organicznie, a przede wszystkim energetycznie. Niestety, tego wieczora w Gdańsku otrzymaliśmy doznania zgoła przeciwne. Instrumentaliści grali niemrawo, Nick Holmes często gubił rytm i bardziej posapywał niż ryczał. Jakby ktoś siłą zmusił mieszkańców domu starości do zagrania koncertu, bo w przeciwnym razie nie włączy im Mody na sukces albo zabroni spotkania z wnuczkami. Przygnębiające doświadczenie.
Ghost

Można Duszka nie lubić, ale nie da się zaprzeczyć, że obecnie jest jedną z największych gwiazd muzyki rockowej. Co najważniejsze, dają show na takim właśnie poziomie. Potężne brzmienie, bogate wizualizacje i oczywiście Cardinal Copia (czyli kolejne wcielenie Papy Emeritusa) jako mistrz ceremonii. Wykonawczo bez zarzutu, a jeśli połączymy to z hitami, które wkręcają się mózg jak zbyt głęboko wepchnięte patyczki higieniczne, mamy przepis na świetny koncert. Umówmy się, mało jest lepszych chwil w życiu, niż śpiewanie z tysiącami innych ludzi “Hail Satan – Archangeloooo!”. Dochodzą do tego małe smaczki typu teatralnego, np. na scenę wjeżdża katafalk z martwym papieżem, przypada do niego techniczny z defibrylatorem i serwuje mu odpowiednią dawkę woltów. Umarlak powstaje i odpala solo na saksofonie. I właśnie o to chodzi w rocku na bogatości.

Dodaj komentarz