
Concrete Winds
Finowie zaoferowali publiczności prostą black metalową łupankę. Słuchało się ok, ale nazajutrz pamiętałem tylko, że jeden z gitarzystów przypominał mi młodego Jerry’ego Cantrella. Czyli występ nie był jakiś świetny.

Bölzer
Dla zespołów takich jak ten szwajcarski duet, wielkie znaczenie ma jakość nagłośnienia. W Kamiennej nigdy nie stało ono na nadzwyczajnym poziomie, więc wszystkie smaczki brzmienia gitary Okoi Jonesa zniknęły w chmurze hałasu. Przez to zabrakło temu występowi tej szczególnej magicznej aury, która jest największą siłą tej ekipy. Ogólnie więc mocno średnio, choć nie z winy muzyków.

Watain
Horda malutkiego Erika odgrywa szczególną rolę w moim rozwoju jako fana metalu. Oni to właśnie pokazali mi wiele lat temu, o co chodzi z tym blackiem. Tego piątkowego wieczora z kolei przypomnieli mi i reszcie publiczności, że ciągle są świetnym zespołem koncertowym. Zanim wybrzmiały pierwsze nuty, duże wrażenie zrobił wystrój sceny, z czterema menhirami/słupami po bokach. Każdy z nich udekorowano runami, które mrugały do nas różnymi kolorami. Do tego doszły świeczki i mały ołtarzyk u podnóża perkusji. Wszystko to jednak zeszło na drugi plan, gdy Szwedzi zaczęli grać. Kapitalne numery na czele z klasycznym już „Malfeitorem” czy nowiutką „Serimosą” wbijały w ziemię. Instrumentaliści zaprezentowali się z dobrej strony, lecz jak zwykle w przypadku Watain gwiazda była jedna. Frontman był tego wieczoru w świetnej formie wokalnej, a dodatkowo pełnił rolę kapłana black metalowego obrządku i wodzireja. Nie sposób było oderwać od niego oczy.

Podsumowując, headliner zadość uczynił wszelkim winom popełnionym przez pierwszy support i dźwiękowców i sprawił, że wracałem do domu w świetnym nastroju. Chociaż może to nie do końca świetnie. Wszak black metal wojną jest.

Dodaj komentarz