Lubię koncerty w krakowskim Warsztacie, bo mają taki mocno squatowy klimat. Czy to klub czy pustostan? Why not both? Ludzi jest mniej, acz gęściej, scena z artystami bliższa i daje to poczucie więzi, której brakuje na większych imprezach.
A propos braków, to z jakiegoś powodu na miejscu nie sprzedawano piwa. Na szczęście (bądź niestety) w tym kraju zakup alkoholu nie jest problemem, więc z kilkoma pełnymi puszkami w kieszeniach kurtki zameldowałem się pod sceną. Kurtki, bo nie było ogrzewania.
Scrüda

Czyli barbarzyńcy z Pomorza. Jeśli myśleliście, że Ramones grają prymitywną muzykę, ten tercet zweryfikuje ten pogląd. To jest Motorhead epoki rocka łupanego (przepraszam za ten żart). Zamiast w technikę, aranże i skomplikowane struktury, cała moc zespołu idzie w super energetyczny repertuar i występ. Wokalistę energia wprost roznosiła, do tego stopnia że biegał w tych swoich skórzanych szortach po scenie i pod nią. No i jak sam przyznał, zimno mu było. Ogólnie więc dzicz. Świetny koncert.
Misguided

Chyba najbardziej typowa ekipa tego wieczora, grająca lekko zmetalizowany hardcore. Przyjemnie się tego słuchało, ale zamiast o muzyce najbardziej zapadł mi w pamięć kompletny brak decorum jeśli chodzi o image muzyków.
Skov

Mem z tekstem „mamy coś tam w domu” przynosi skojarzenia raczej pejoratywne i dotyczy rzeczy, które przyjmujemy z pewną taką pobłażliwością. Nie tym razem. Bo choć zespół z Wrocławia najłatwiej podsumować „Kvelertak w domu”, to opowiada to tylko połowę historii. Tak, są tu te same składniki, czyli punk i hardcore z lekkimi wpływami black metalu, ale nie jest to tania zrzynka. Jest to zrzynka wielce luksusowa, na żywo potrafiąca porwać publiczność tak samo jak koledzy z Norwegii. Dość powiedzieć, że nawet ja, mimo czterech dyszek na karku, spędziłem sporą część ich występu obijając się z innymi fanami pod sceną. Jeśli kiedyś Was odwiedzą, nie zwracajcie uwagi na wielkość czy prestiż klubu w którym zagrają, tylko kupujcie bilety. Po prostu.

Dodaj komentarz