Wij

Trzygłowy stwór z Warszawy jak zawsze w formie. Co prawda pierwsze dwa numery to była taka rozbiegówka, ale jak już się rozpędzili, nie było przebacz. Jedyne do czego mogę się przyczepić, to brak “Narwala” w setliście. Tym bardziej, że z morza miał blisko.
ps. Tuja jak zawsze wspaniała.
Thy Art Is Murder

Poprzednio widziałem ich na deskach poznańskiej Minogi i zdecydowanie ten zespół powinien trzymać się klubów. Jak to ładnie opisał Namtar z Irkalli: za mały zespół, za duża scena. Muzycznie niby wszystko się zgadzało, nowy wokalista bardzo solidny, ale w żaden sposób ten koncert mnie nie poruszył.
Dool

Żadne zdjęcia tego nigdy nie oddadzą, ale tamtego wieczoru Raven van Dorst była najseksowniejszą osobą na świecie. To jak się ruszała, tańczyła i śpiewała to była po prostu magia, od której nie dało się oderwać oczu. A jeśli dodamy do tego świetne piosenki Holendrów, mamy przepis na koncert dnia. Przy tym koniecznie muszę wspomnieć o doskonałym coverze Killing Joke “Love Like Blood”. Rewelacja.
Bruce Dickinson

Osoba Bruce’a trochę mnie irytuje, ostatnia płyta nudzi mnie okrutnie, ale koncert bardzo dobry. Jakkolwiek rzadko sięgam po jego solowe płyty, to wyzwę na pojedynek każdego, kto twierdzi, że nie jest wybitnym frontmanem. Mimo czapki i szalika (w lecie!), a przede wszystkim metryki, wyglądał na młodzieniaszka z szelmowskim błyskiem w oku. Ciągle w ruchu, rzucający żartami, a co najważniejsze w bardzo dobrej formie wokalnej. Wieczny szacunek.
High on Fire

Z płyt nawet lubię, ale ten koncert na Desert Stage był bardzo nieudany. Zespół brzmiał jak gówno, a wyglądał niewiele lepiej. W kuluarach mówiło się, że jakieś używki były brane, ale ewidentnie nie te co trzeba.
Machine Head

Czy wskoczyłem do circle pitu podczas otwierającego “Imperium”? Owszem. Czy czmychnąłem do domu po trzech piosenkach? Tak. I nie była to kwestia późnej jak na mnie pory. Na papierze wszystko się zgadzało i zespół zasługiwał na pozycję headlinera pierwszego dnia Mystika. Duża kolekcja świetnych piosenek i świetna produkcja prawie mnie kupiły. Ale ja po prostu zupełnie nie czułem energii ze sceny. Jakby Robb i spółka odwalali kolejną w tym tygodniu fuszkę. Każdy ruch wydawał się wyuczony. Przy okazji chciałbym poruszyć kwestię fetyszyzacji tzw. kontaktu z publicznością. Jak się poczyta komentarze na FB pod postami dotyczącymi koncertów, padają tam idiotyczne dla mnie teksty typu: “świetny występ, ale nic się nie odzywali. Gdzie kontakt z publicznością?”. Moim zdaniem to jest największe oszustwo muzyków, a wiele osób daje się na to nabrać. Co mnie obchodzi, czy wokalista powie, że właśnie gra najlepszy koncert w życiu, jak to samo mówił wczoraj i powtórzy jutro? Albo tak jak szef Machine Head każe sto pięćdziesiąt razy “podnieść ręce do góry, Polska”? Ludzi wiedzą jak się zachowywać! Na koncercie liczą się dwie rzeczy: czy muzycy dają z siebie wszystko i czy muzyka daje radę. Dobra, ulało mi się. Podsumowując, koncert słaby, szczególnie w porównaniu z ich występem w B90 z 2015.

Dodaj komentarz