Paradise Lost

Określenie „smutne widowisko” może się dobrze kojarzyć w kontekście muzyki doom metalowej, ale niestety nie tym razem. Forma Nicka pozostawiała wiele do życzenia, a technologia zamiast pomagać, przeszkadzała mu na wszelkie sposoby. Przede wszystkim co chwila rozłączało mu mikrofon, a jakby tego było mało, w środku koncertu tuż obok wokalisty rozbił się dron filmujący. Ponadto cały zespół miał problemy z odsłuchami do tego stopnia, że totalnie się wysypał pod koniec „One Second”. Anglicy pokazali jednak profesjonalizm i dobrnęli do końca tego bolesnego dla wszystkich show, kiedy to zagrali jedną z moich ulubionych piosenek ich środkowego okresu- „Mouth”.
Accept

Odegrany ze swadą klasyczny heavy metal. Rzetelne, ale nic porywającego.
Terrorizer

Ojcowie grindcore’a przyjechali do nas w składzie z legendarną sekcją rytmiczną w składzie Pete Sandoval – David Vincent i spuścili publiczności konkretny wpierdol. A może raczej spuściliby, gdyby nie nagłośnienie, który zredukowało brzmienie kwartetu do czegoś, co złośliwcy nazwali „drum ‚n’ bass”. Ogólnie wyszło średnio.
Megadeth

Może i ten rudy lew jest już wyleniały, ale na scenę wyszedł bardzo głodny. I rozszarpał publiczność. Mnóstwo energii i bardzo dobra forma wokalna frontmana napędzała cały zespół i porwała ludzi pod sceną. Do tego jeszcze doskonała setlista, zawierająca wszystkie klasyki i kilka perełek w stylu „Dread and the Fugitive Mind” i „She-Wolf”. Ja śpiewałem i skakałem z tłumem i mam nadzieję, że Mustaine i spółka zawitają kiedyś do grodu Kraka. Zdecydowanie najlepszy koncert na głównej scenie.


Dodaj komentarz