
Kiedy po raz pierwszy przesłuchałem nową płytę teutońskiej hordy, przypomniał mi się skecz irlandzkiego komika, Dylana Morana:
W wielkim skrócie: główny bohater, katolik, zjada ciastko i nie wie, czy bardziej ucieszył go smak ciastka, czy wstyd spowodowany poddania się pokusie zjedzenia ciastka.
A jak to się ma do omawianego albumu?
Otóż zdarzało mi się słuchać w życiu ohydnej, plugawej wręcz muzyki z wnętrza piekieł, ale nigdy do tej pory nie czułem się tak brudny, jak słuchając najnowszego dzieła Mille Petrozzy. Ten nieznośny patos! Te kiczowate melodyjki! Te teksty niczym z hymnałów Partii Zjednoczonych Republik Satanistycznych! A najgorsze, że nie mogę przestać! To są tak wkręcające się w ucho numery, że aż strach. Piosenka tytułowa, “Satanic Anarchy” i większość pozostałych, no wspaniałe szlagiery to są. Ale ten tani, wackenowy styl, sprawia, że czuję się, jakbym oglądał jakieś undergroundowe porno BDSM z meksykańskimi karłami i w kółko wracał do najlepszych fragmentów. Zgroza! Nie ma dla mnie zbawienia w niebie muziarzy. Łukasz Dunaj skasuje moją prenumeratę Noise’a. Wstyd i poruta. Na szczęście piosenki Kreatora pozostaną ze mną na zawsze.

Dodaj komentarz