Lost Generation Festival – Tauron Arena, Kraków – 16.06.2026

Jeszcze do końca nie doszedłem do siebie po Mystiku, a już Knockout Productions miał dla mnie kolejny festiwal, tym razem na szczęście jednodniowy i w Krakowie. Nazwa odnosi się do millenialsów, czyli ludzi urodzonych w latach 1981-1995, których dojrzewanie, a więc też często pierwsze muzyczne fascynacje przypadły na ostatnią dekadę XX i pierwszą XXI wieku. A co to oznacza? Pop punk, nu metal i emo. A do muzyki często dochodziła koszykówka i deskorolka. Oferta w sam raz dla mnie, więc poza skończeniu pracy i wyprowadzeniu psów, udałem się pod Tauron Arenę.

Kilka słów o organizacji: mocno średnio. Fajnie, że były pokazy i konkursy koszykarskie i deskorolkowe. Nie fajnie, że liczba punktów z jedzeniem była skrajnie niewystarczająca i na głupią zapiekankę trzeba było czekać godzinę. Do tego długie kolejki po piwo i do toalet.

The Rasmus

Nie dość, że nagrali jedną z najbardziej wkurwiających piosenek XXI wieku, “In the Shadows”, to jeszcze zagrali po prostu chujowo. Tzn. instrumentaliści byli przeciętni- nic nadzwyczajnego, ale też bez dramatu. Chociaż poważnie zastanowiłbym się nad wyrzuceniem siatkowanych bluzek. Za to wokal położył wszystko. Fałszował i nie wyciągał wysokich dźwięków. Nie nadrabiał tego energią, więc ogólnie porażka. No i na koniec jeszcze to jebane “In the Shadows”. Najgorzej.

Papa Roach

Nie jest to mój ulubiony zespół. Kilka piosenek robi robotę, ale ogólnie mam wyjebane. Jednak na żywo dali czadu, że bania mała. Cały zespół w świetnej formie, a Coby Dick w roli frontmana spisał się doskonale. Śpiewał ekstra, a do tego ciągle był w ruchu i trudno było oderwać od niego wzrok. Do tego fajna oprawa, godna headlinera- duże ekrany i miotacze ognia. Bardzo fajnie to wszystko zagrało. Najlepiej wypadły “Help”, “Getting Away with Murder” i końcówka z tzw. “Nu Metal Time Machine”, kiedy odegrali fragmenty kilku hitów z epoki, by zakończyć cały występ “Last Resort”.

Co ciekawe, nawet kilkunastominutowa przerwa na reanimację jednego z fanów nie wybiła ich z rytmu. Wrócili na scenę i pojechali dalej jakby nigdy nic. Coby mógł sobie darować co prawda modlitwę i prośbę, żeby bóg uratował typa, bo uratowali go inni fani i ratownicy, ale no cóż, Ameryka. Niepotrzebnie też wzięli jakiegoś dzieciaka na scenę do rapowania w jednej z piosenek. 

Ogólnie jednak świetny show i mimo wszystko chyba koncert wieczoru.

The Offspring

A zadanie było przynajmniej pozornie trudne, bo ekipa Dextera Hollanda jest dla mnie super ważny. To był pierwszy zespół undergroundowy (w moim przypadku oznaczało to, że nie grała ich Trójka, o komercyjnych stajach nie wspominając), który usłyszałem. Wakacje na wsi w górach Stołowych, druga połowa lat dziewięćdziesiątych. Razem ze mną i dziećmi koleżanki mojej mamy przyjechała ich kuzynka- najbardziej hardcore’owa dziewczyna jaką poznałem w tamtym czasie. Nie tylko była ścięta na jeża, ale jeszcze na szyi nosił pętlę z szubienicy! A co najlepsze, miała ze sobą kilka kaset magnetofonowych, m.in. ze Smash. Nigdy wcześniej nie słyszałem takiej muzyki i z początku trochę opornie wchodziła, ale ziarno zostało zasiane. Parę lat później poszedłem do liceum, zacząłem sam kupować kasety i jednymi z pierwszych były Ignition, Smash i Ixnay on the Hombre. Pierwsze CD? Americana. Można więc powiedzieć, że twórczość zespołu z Orange County jest mi bliska.

Przewijamy taśmę o jakieś trzydzieści lat i w końcu The Offspring przyjeżdża do miasta w którym mieszkam i w terminie, który mi pasuje. Impreza wyprzedana, więc Tauron Arena nabita do granic. Z głośników dobiega intro z Supercharger i pojechali. Na pierwszy ogień “Come Out And Play” i “All I Want”, więc nie mogło być lepiej. Ogólnie setlista, oparta głównie na Smash i Americanie, w punkt. W środku okienko na covery, kiedy zagrali fragmenty “Electric Funeral” i “Paranoid” Sabbathów, “Crazy Train” Ozzy’ego i jakiś numer Taylor Swift, którego nie znałem. Do tego oprawa na bogatości z konfetti, dmuchanymi szkieletami i innymi cudami. Bardzo fajnie. Podobnie jak nagłośnienie i ogólnie występ pod względem instrumentalnym. Czego więc zabrakło? Przede wszystkim dobrego flow. Od pewnego momentu, koncert co chwila był przerywany niby zabawnymi dialogami Dextera Hollanda i Noodlesa. Jeden byłby męczący, ale takich przerw było chyba z cztery, co skutecznie wybijało publiczność i chyba sam zespół z rytmu. Po drugie, słabo wypadły wokale. Dexter w wysokich rejestrach skrzeczał zamiast śpiewać i tylko częściowo ratowali go inni muzycy.

Mimo tych wad, bawiłem się całkiem nieźle, bo jednak mając takie hity w repertuarze, musieliby chyba w ogóle się nie pojawić, żeby mi się nie podobało. Pośpiewałem, pogibałem się, spoko. Ale drugi raz chyba na nich nie pójdę.

Dodaj komentarz

Witryna internetowa zasilana przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑