Acid King

Nie wiem, czy to kwestia samego Acid King, ale po występie Electric Wizard ich koncert był jak wypicie rozwodnionego piwa na koncercie organizowanym przez LiveNation po podlaskim bimbrze- zupełnie nie ta moc.
Turbo

Bezapelacyjnie najgorszy koncert festiwalu. Jakoś tak nigdy nie słuchałem, ale Kawaleria szatana i Dorosłe dzieci całkiem spoko, poza tym tyle lat na scenie budzi szacunek. Ale to co popłynęło z Main Stage tego sobotniego popołudnia… Jasny chuj. Po prostu coś strasznego. Skrajnie byle jaki heavy metal, który odpuściłem sobie po trzech piosenkach. Nie pomogło, że obaj wokaliści mieli irytujące głosy i ich próby śpiewania w harmonii wypadały delikatnie mówiąc słabo. Można się śmiać z reklamy McDonald’s, ale Kupczyk w pojedynkę wypadał o wiele lepiej.
Scour

Czyli black metalowy projekt Phila Anselmo. Świetne brzmienie i niezłe piosenki, szkoda, że tak podobne do siebie. Przy okazji wyszedł problem dźwiękowy, bo scenę Desert na której grali, momentami skutecznie zagłuszał Park. Ogólnie koncert przyzwoity, byłoby lepiej gdyby Phil nie posiłkował się kartkami z tekstami piosenek.
Mastodon

Z racji tego, że widziałem ich zaledwie rok temu, przesłuchałem tylko trzy pierwsze piosenki i poszedłem do B90, ale to co słyszałem bardzo mi się podobało. Zespół w formie i dobrych humorach, świetne brzmienie i nawet typowo shredowe solówki Nicka Johnstona nie przeszkadzały za bardzo.
Bölzer

Spowity dymem szwajcarski duet wprowadził publikę w trans. Niektórzy narzekali na nagłośnienie, ale mi to przymulone brzmienie pasowało do tej muzyki. Dzikość i chamstwo.
The Gathering

Koncert zamykający cały festiwal. Niedawno puściłem sobie ze Spotify Mandylion, który tutaj mieli odegrać w całości i trąciło to myszką. Gotycki doom przyspawany do lat dziewięćdziesiątych. Ale kocham Anneke, więc z duszą na ramieniu, trzydzieści minut po północy udałem się pod Park Stage. No i kurwa zaczarowali mnie. Na żywo cała ta dźwiękowa patyna zeszła. Mimo dość wiernych aranży piosenki świetnie się broniły, w czym pomogła dobra, selektywna produkcja i skupione zaangażowanie muzyków. Oczywiście królowa przedstawienia była jedna. W odróżnieniu do tabunów około-gotyckich wokalistek, Anneke Van Giersbergen nie kreuje się na mroczną królową elfów, pozostaje naturalna, radosna i tym kupiła publiczność. Jak tańczyła, wydawało się, że ma jakieś dwadzieścia, a nie pięćdziesiąt trzy lat. No i zabrzmiała po prostu zjawiskowo. Ciągle żyjący we mnie nastoletni kuc przez cały koncert był na skraju wzruszenia. I kiedy zeszli ze sceny po zamykającym płytę „In Motion #2” myślałem, że udało się, męska duma uratowana. Ale nie. Wrócili i zagrali „Saturnine”, a ja rozpadłem się na kawałki i łzy polały się szerokimi strumieniami. Nie mogło być lepszego zakończenia historii Mystic Festival w Stoczni. Przepiękny koncert.
Ps. dodatkową atrakcją w tym roku była galeria paneli komiksowych, pokazująca przecięcie światów komiksu i metalu. Poniżej kilka zdjęć, m.in. prac moich ulubionych braci Minkiewicz, których serdecznie pozdrawiam!




Dodaj komentarz