Sonisphere – Warszawa – Lotnisko Bemowo – 16.06.2010

  

Droga:
Do stolicy ruszyliśmy całkiem słitaśnym autokarem ok godziny 7. Organizatorzy miło nas zaskoczyli darmowymi Red Bullami. Pasażerowie od samego początku łoili napoje wyskokowe, którym ja wyjątkowo powiedziałem nie- w końcu dzień święty należy święcić, czyż nie? Podczas gdy inni dawali równo w palnik, ja z nowo-poznanymi znajomymi wymienialiśmy się dowcipami, które co jakiś czas przerywały tyrady Następnej Blogującej na temat jej niechęci do Adama Darskiego, a także okrzyki „Siku!” z tyłu pojazdu. Podróż mijała gładko, pomimo kilku postojów, irytacji tymiże kierowcy, a także bardzo nieprzystojnymi przyśpiewkami niektórych pasażerów dotyczących mojego miasta rodzinnego („Mmm, the people in the back seem retarded. -Why yes, yes indeed”). Poza tym, jeden pan z aparycji przypominający słynnego tu i ówdzie Ryśka Peję puścił pawia na boczne schodki autokaru, a ktoś inny kończył podróż radośnie haftując do swojej torby podróżnej. Na miejsce zajechaliśmy ok 14.

Lotnisko Bemowo:
Sprzed wejścia nie robiło jakiegoś wielkiego wrażenia. Ot, spore pole w środku miasta, jakich mnóstwo w naszym kraju-raju. Jedyną cechą wyróżniającą były watahy czarno ubranych ludzi obu (podstawowych) płci w rozmaitym wieku. Po przejściu bodajże 3 kolejnych bramek, oczom naszym ukazał się teren festiwalu, a tam, atrakcji w bród. Dla każdego coś miłego- jedzenie, picie, koszulki, stare pojazdy, x-boxy, wesołe miasteczko i helikopter. Tak, tak. Prawdziwy śmigający helikopter, źródło niepokoju kilku osób, gdy już w czasie koncertów, po jednej z ewolucji krztusił się w powietrzu i niebezpiecznie opadał. Oczywiście, mając pozycje monopolistów, dostawcy pokarmu i napoi zapodali tak nieprzyzwoite ceny, że nie będę o nich wspominał. Dość szybko też wyszło na jaw jedno z większych, moim zdaniem, niedopatrzeń, a mianowicie znikoma liczba śmietników. No cóż, przynajmniej ekipy sprzątające miały co robić- jak wiadomo, nuda jest nasieniem szatana. Po rozeznaniu się w terenie dziarsko ruszyliśmy całą ekipą w kierunku sceny. Jako, że nikogo z nas nie stać było na Golden Circle, o sektorze VIP nie wspominając, ulokowaliśmy się w samym środku pomiędzy czterema wieżyczkami ze stołem mikserskim i światłami. Korzystając ze słońca wystawiliśmy pyszczki do słońca, w celu produkcji witaminy A. Albo D. W celu produkcji witaminy. Tak.

Behemoth:
Zespół Nergala przyszedł, przypierdolił i wyszedł. Rzecz jasna w makijażu i pełnym rynsztunku. Nie przeszkadzało słońce, obojętność sporej części publiczności, czy nawet tragiczne nagłośnienie, które wycięło zupełnie gitary z miksu, tak, że zostały jedynie bębny i wokale. Co do setlisty, to Pomorska Bestia zaserwowała słuchaczom przekrój twórczości od popularnej Zośki po najnowszy Evangelion, zaczynając singlowego Ov Fire and the Void. Z innych numerów, zagrali m.in. „cover Anthraxa”, czyli Conquer All (porównajcie z Be All, End All). Ogólnie, bardzo solidny występ, acz wolę ich słuchać w zamkniętych lokalach, no i z gitarami. Z rzeczy zabawnych, na dźwięk intra, kilka tysięcy osób zaczęło skandować „Doda, Doda”. Adam się obraził i pokazał środkowy palec.

Anthrax:
Z tym zespołem, mam problem, polegający na tym, że mam go w dupie. A już zupełnie, kiedy śpiewa z nimi Joey Belladonna, a tak było tamtej pamiętnej środy. Ale muszę oddać im parę rzeczy. Po kolei- bardzo szybko załapali dobry kontakt z publicznością, która najwyraźniej świetnie się bawiła przy rozrywkowym thrashu prezentowanym przez Wąglika. Sam Joey też dawał radę i wyciągał te swoje piski z płyt całkiem gracko. Cały zespół był przy tym bardzo ruchliwy- panowie biegali w tę i nazad, co jakiś czas pozwalając sobie na wesołe podskoki. A już prawie ich polubiłem, jak z Indians gładko przeszli w Heaven and Hell, oddając tym samym hołd RJD. W skrócie- jeśli ktoś lubi ich muzykę, na pewno zdziczał z radości podczas ich występu. Jak już wspominałem, ja ich fanem nie jestem, ale do tej pory nucę sobie „You’re anti, you’re antisocial…”.

Megadeth:
Bez żadnych intr, gadek i innych wprowadzeń, Ryży w śnieżnobiałej koszuli wkroczył z zespołem na scenę i zapodał bez żadnych przerw praktycznie całą płytę Rust in Peace, a potem cztery bonusy. Chyba nikt nie wątpliwości, że dzieło to wybitne, i można całości słuchać w kółko. Ja jednak pozwolę sobie pomarudzić. Otóż, jakkolwiek kocham R.I.P. całym serduszkiem, to sądzę, że festiwal na którym MegaŚmierć ma tylko 60 minut, to nie miejsce na to, ponieważ dyskografia zespołu obfituje w dobre i bardzo dobre płyty, pełne świetnych numerów, które zostały tu pominięte. Szkoda, ale i tak było ekstra, bo Rudy i reszta dali prawdziwy popis technicznego grania i widać było, że sprawia im to sporą frajdę. Publiczność oczywiście odzwajemniała te uczucia i nawet próbowała nucić gdzieniegdzie nie tylko teksty ale też partie gitarowe. Jak już wspomniałem, zespół jak najbardziej dawał radę, gorzej z dźwiękowcami, którzy dopiero gdzieś tak od połowy setu załapali jak to wszystko powinno brzmieć. No i jeszcze kwestia słońca, które podczas tego koncertu zawisło nad samą sceną dając publiczności po twarzach i skutecznie ją oślepiając. Mnie jeszcze dwa dni po festiwalu nos piekł. Poza tym było fajnie, i jeśli miałbym wybrać zespół, który chciałbym zobaczyć jeszcze raz, Megadeth zajmuje drugą pozycję, ex equo z…

Slayer:
Wszyscy prawdziwi metalowcy mnie tutaj przeklną i oplują ze wzgardą, ale prawda jest taka, że pod koniec otwierającego koncert Zabójcy World Painted Blood, z ostatniej płyty, musiałem się wycofać z utrzymywanej do tej pory pozycji. Niestety, dopadł mnie wtedy straszny głód i nie byłem w stanie walczyć z napierającym morzem ludzi. Wstyd w chuj, ale cóż począć. Szczęśliwie nagłośnienie było na tyle potężne, że stojąc w kolejce po niemożliwie przepłaconą pizzę wszystko elegancko słyszałem, a pokaźne telebimy dostarczały mi widok ze sceny. Tak, wiem, ciągle wstyd jak chuj, ale trzeba się jakoś pocieszać. Tym bardziej, że Zabójca naprawdę dał radę. Niby wszyscy czterej stare dziady, ale zagrali tak agresywnie, że nawet z mojego miejsca robiło to wielkie wrażenie. Sam set też fajnie, festiwalowo skrojony z samych hiciorów, plus 3 numery z WPR (szkoda, że zabrakło Psychopathy Red), kawałki szybsze na przemian z „balladkami”- wszystko pierwsza klasa. Takoż wykonanie- nie tylko wściekłe, ale też precyzyjne. No i ten diabelski uśmiech Toma…

Metallica:
Spóźnili się jakieś 20minut. Potem trzeba było czekać jeszcze aż przeleci Ecstasy of Gold i kowboje z telebimu. Ale jak potem przyjebali z Creeping Death, było już absolutnie pozamiatane. Brzmienie takie, że mordy same się cieszyły do tej potęgi. Moc co się zowie. Również lista utworów pozostawiła mało do życzenia (acz gdzie Battery, kurwa?!?). Miks starych i nowych, z Loadów tylko Fuel, nic z St Anger i 3, chyba najlepsze przedstawicielki Death Magnetic, w tym All Nightmare Long, który wypadł naprawdę świetnie. Do tego jeszcze wybuchy i fajerwerki i wszelkie wątpliwości czemu oni byli gwiazdą wieczoru.
Uwagi ogólne:
1. postać Ulricha. Jego skille aside, ale koleś wygląda, jakby z wiekiem jego ciało malało, a głowa rosła.
2. Kirk Hammet. Gra te swoje ładne solóweczki co zwykle i ok. Ale nazywać go (jak to zrobił Hetfield) The Ripper? Na tej samej scenie po której wcześniej biegał Chris Broderick? srsly?
3. Scena pod koniec Nothing Else Matters- Hetfield wchodzi na podest, kuca z gitarą, kamera robi najazd na kostkę na której widnieją loga wszystkich zespołów, a z drugiej strony napis: „The Big 4”. Takie to „cheesy” było. Ale i tak, jak to powiedział „Dzikus” Trujillo, było „zajebiście”.

Powrót:
Pamiętam tylko, że zgubiłem się na chwilę w tłumie. Ale po jakichś 30 minutach dotarłem do autobusu gdzie tak jak inni zasnąłem snem sprawiedliwego. Droga powrotna upłynęła pod znakiem nieznośnego kapcia w ustach.

Wrażenia ogólne:
1. jebać słońce.
2. więcej śmietników!
3. następnym razem będę w Golden Circle
4. szkoda, że panowie nie pokusili się o jakiś wspólny jam. Meta mogłaby np zaprosić Mustaine’a do Four Horsemen, albo mogliby wszyscy razem odegrać jakiś hard rockowy/metalowy standard. Na przykład Holy Diver byłby w pipkę. Chodzi mi o coś takiego, jak to, tylko, że bardziej.
5. było extra.

ps. klipy lepszej jakości pochodzą z Sonisphere z Bułgarii- tam cały festiwal był rejestrowany profesjonalnym sprzętem i podobno ma wyjść na dvd.

ps.2. zdjęcie jest z oficjalnej strony SS na Facebooku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

HEAVY METAL OVERLOAD

... and classic rock too!

Racja jest najmojsza....

Bo przecież nie Twojsza...

Twoja Stara Gra Metal

Metal i Piekło

Discover

A daily selection of the best content published on WordPress, collected for you by humans who love to read.

Longreads

The best longform stories on the web

The Daily Post

The Art and Craft of Blogging

The WordPress.com Blog

The latest news on WordPress.com and the WordPress community.

%d blogerów lubi to: