FrontSide: Nemesis (2026)

Sosnowscy metalcore’owcy powracają z nowymi piosenkami i nowym wokalistą.

W marketing jednak umieją bardzo słabo, bo pierwsze co słyszymy, jest największym minusem tego albumu, czyli pretensjonalne i patetyczne gadki komentujące kondycję ludzkości w stylu jakiegoś cynicznego youtubera w średnim wieku, który tłumaczy młodzieży czemu świat jest popsuty i jak trzeba żyć. Pojawiają się one jeszcze parę razy w trakcie trwania płyty i powodują tylko wywracanie oczami. Ani mądre, ani ciekawe, ani zabawne. I jeszcze ten groteskowy ton. Jak to się mówiło parę lat temu: cringe.

A wielka szkoda, bo muzycznie jest to dobra rzecz z pogranicza metal- i deathcore’u. Potężne i bujające riffy napędzają chwytliwe i zróżnicowane kompozycje. Do tego dochodzi dobre, tłuste brzmienie. Mollie, zastępujący Aumana za mikrofonem, też jak najbardziej daje radę. Wydaje się, że to właśnie dzięki niemu śpiewane refreny nie drażnią uszu jak kiedyś- nie są aż tak cukierkowe i kiczowate. I nawet teksty nie kłują w uszy, co w przypadku polskojęzycznej płyty jest wyjątkowe. Z drugiej strony, czy konieczne było nagranie tekstu: “FrontSide 2026” i wymienianie wszystkich albumów?

Tak więc, wywaliłbym gadki i może z 3-4 ostatnie piosenki, tak, żeby Nemesis trwało jakieś 40 zamiast 53 minut i byłoby naprawdę bardzo dobrze. Ale i tak jest elegancko i jak czas pozwoli, chętnie obczaję te piosenki na żywo.

ps. w teledyski chłopaki nie umieli nigdy. I tak jak kiedyś stawiali na połączenie estetyki amerykańskiego southern rocka i niemieckiej erotyki, tak teraz poszli w AI, co jest słabe, niezależnie od dziedziny sztuki.

Dodaj komentarz

Witryna internetowa zasilana przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑