Iron Maiden – Inea Stadion, Poznań – 24.06.2014.

To była moja pierwsza wizyta na stadionie przy ulicy Bułgarskiej. Z początku arena zmagań miejscowego Lecha zrobiła całkiem dobre wrażenie. Być może dlatego, że jedyne porównanie mam z dość starym obiektem szczecińskiej Pogoni. Tak czy owak, INEA stadion jest w miarę duży, wygląda na zadbany i ma takie ładne żagielki, z których składa się dach. Niestety, zupełnie nie nadaje się na koncerty metalowe. Po części była to pewnie wina miejsca, w którym stałem – z prawej strony reżyserki, ale z rozmów z licznymi znajomymi (chyba każdy metalowiec z Poznania i okolic się stawił) wynikało, że jakość dźwięku była dobra jedynie na relatywnie małym obszarze na wprost reżyserki. Trochę słabo. A może to wina dźwiękowców? Trudno powiedzieć.
Co jeszcze można dodać o miejscówce? Dziwny był podział wejść. Żeby się dostać do środka, musieliśmy obejść cały obiekt dookoła, a sprawy nie ułatwiali ochroniarze, którzy wpuścili nas raz w maliny. Dziwne też, że w tak wypasionym miejscu nie było normalnych toalet, tylko toi-toie, na dodatek bez zamków w drzwiach. Współczuję osobom, które miały do załatwienia jakąś grubszą sprawę. Zupełnie do dupy były punkty sprzedaży piwa. Zupełnie niewidoczne z daleka. Na dodatek było ich za mało i w rezultacie na murawie tworzyły się wielkie kolejki. Ogólnie więc, z zewnątrz fajnie, w środku już niezazbyt.

Ghost:
Popularny Duszek jest specyficznym zespołem. Albo się kupuje ten ich cały image wraz z przebojowymi piosenkami o Szatanie, albo nie. Reakcje były na ogół pozytywne, ale niektóre osoby wydawały się zmieszane, a inne wręcz jakby obrażone, że ktoś taki otwiera show dwóch legend. Mnie się podobało, acz do występu z Berlina, gdzie Szwedzi byli główną atrakcją, zupełnie się nie umywało. Po pierwsze, Ghost o wiele lepiej sprawdza się na mniejszej, klubowej scenie, przy odpowiednim oświetleniu. Po drugie było zdecydowanie za krótko, w związku z czym brakowało wielu numerów, np “Per Aspera Ad Inferi” czy “Zombie Queen”. No ale takie uroki bycia openerem. Co do samego występu, to było dość tradycyjnie. Papa fałszował przez pierwszy w kolejce “Year Zero”, ale potem się rozgrzał i było dobrze. Reszta zespołu zagrała po prostu rzetelnie.
Dziwne dźwięki: W sumie Duszek zabrzmiał najczyściej ze wszystkich. Niedobrze, ale i tak najlepiej. Gitary przy partiach rytmicznych nachodziły na siebie, klawiszy w ogóle nie było słychać, ale poza tym całkiem spoko. W spokojniejszych momentach słychać było jednak jakiś dziwny szum, jakby ludzie wokół głośno szeptali. Możliwe, że to głosy w mojej głowie. Ale mój ziomek też tak miał.

Slayer:
Są mistrzostwa, więc pozwolę sobie użyć metafor o futbolowej proweniencji. Zeszłoroczny koncert Zabójcy na festiwalu Impact porównałbym do przedsezonowego sparingu, na którym skład po świeżych transferach przygotowywuje się do sezonu. Gra jest jeszcze niemrawa, nie wszyscy zawodnicy w formie i ogólnie daleko do rewelacji. W Poznaniu dostaliśmy zespół walczący o mistrzostwo w końcówce sezonu.
Od pierwszych taktów “World Painted Blood” słychać było wściekłość i moc, których poziom wznosił się jeszcze w miarę trwania setu. Energia udzielała się też publiczności, która rozkręcała młyny nawet w znacznej odległości od sceny, co wywoływało szeroki uśmiech na twarzy Arayi. Co do wykonania, to jak pisałem powyżej, było bardzo dobrze. Największą postęp w stosunku do koncertu na Impakcie było słychać w grze Paula Bostapha, który nakurwiał w te swoje bębny aż miło. Raz chyba nie do końca trafił z przejściem, ale zdecydowanie było słychać życie za perkusją. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to solówki Gary’ego Holta- nienajgorsze, ale wolałbym, żeby trzymał się Hannemannowych oryginałów.
Jeśli chodzi o setlistę, to w sumie najbardziej obawiałem się, że zespół zdecyduje się zagrać najnowszy “Implode”, który śmierdzi kupą. Na szczęście, panowie postawili na sprawdzony repertuar. Na otwarcie poleciały dwa numery z ostatniej płyty, a poza tym same klasyki, w tym moje ulubione “Disciple” i “Seasons in the Abyss”. A zakończenie to był czysty nokaut: “Raining Blood”, “South of Heaven” i tradycyjnie zamykający koncerty Slayera “Angel of Death”, w czasie którego z tyłu sceny opadł banner przedstawiający alternatywną etykietkę piwa Heineken, upamiętniający Jeffa Hannemanna. Nie ukrywam, zrobiło to na mnie mocniejsze wrażenie niż jakiekolwiek przemowy – prosty symbolizm działa najlepiej. Jakby nie patrzeć, koncert wieczoru bez dwóch zdań.
Dziwne dźwięki: Najbardziej bolały mnie wytłumione gitary, które, tak jak u Ghosta, zlewały się w zamulony hałas, a na pierwszym planie były głos Toma i jego bas oraz, trochę w tle, perkusja.

Iron Maiden:
Dość późno dowiedziałem się, o co chodzi z tą całą trasą “Maiden England” i jeszcze na tydzień przed koncertem liczyłem na wysłuchanie piosenki “Brave New World”. Wyszło inaczej, ale nie byłem zawiedziony. Dla podobnie nieogarniętych: obecna trasa miała być powtórką z promocji płyty Seventh Son of a Seventh Son sprzed 28 lat, a najświeższym kawałkiem był “Fear of the Dark”  z roku 1992. Umówmy się jednak, pomimo wyraźnie zarysowanych ram czasowych, hitów nie zabrakło. Mnie trochę brakowało “Hallowed Be Thy Name” i przebojowego “Only the Good Die Young” z płyty będącej głównym daniem wieczoru. Ale tylko trochę, bo atrakcji było co nie miara. Z tego co zostało zagrane, najbardziej podobało się wykonanie “Wasted Years” – cięższe i żywsze niż na płycie. Reszta również została odtworzona bez zarzutu i z energią, której Anglikom mogą pozazdrościć rzesze młodszych wykonawców.
A propos witalności, ciekawe byłoby zmierzenie dystansów, jakie pokonali tego dnia Dickinson i Gers, bo od początku do końca występu biegali niczym skrzydłowi reprezentacji Roya Hodgsona. Tyle, że z większym sensem. Bruce Dickinson dodatkowo zmieniał stroje równie często, co Edyta Górniak na koncercie w Szczecinie w 1995-tym (mój drugi koncert w życiu, trasa Dotyk, hala WDS, Szczecin. Fakje!), a Janick tradycyjnie toczył bój z Eddie’im. Pozostała trójka muzyków również dawała radę. Wszystkim też starczało kondycji, żeby odegrać każdą z 16 piosenek praktycznie bez błędów. Wokaliście dopiero na bisach trochę siadł głos, ale przy takim repertuarze to i tak wielki wyczyn.
W Ironowym show równie ważna jak muzyka jest choreografia. Tym razem w głębi sceny stały atrapy lodowców, po których ganiał Dickinson. Poza tym, prawie każda piosenka miała swój własny motyw tła, a często też dodatkowe rekwizyty. A to szatan kręcący się z boku sceny, a to jakaś zjawa wyglądająca zza parkanu. Najfajniejsza była jedna z wielkich inkarnacji Eddiego (znana z okładki 7Sot7S), która wysunęła się zza lodowców, trzymając w ręce czerwonawy pęcherz płodowy, z którego ktoś koniecznie chciał się wydostać. Ogólne wrażenia jak najbardziej pozytywne. Fajne piosenki, ładnie zagrane i do tego ciekawa oprawa. Ale i tak Slayer najlepszy.
Dziwne dźwięki: tu pod względem akustyki było chyba najgorzej tego wieczora. Przy partiach rytmicznych gitar robił się najzwyklejszy hałas, utrudniający rozróżnianie piosenek. Trochę lepiej przy solówkach, ale też bez szału. Tak jak poprzednio, na pierwszym planie były wokal i bas. Może dźwiękowcem tego dnia był pragnący sprawiedliwości dziejowej wirtuoz czterech strun?

PS: Tak ciekawostka: W czasie show Bruce wspominał poznański występ Dziewicy sprzed 30-u lat, twierdząc, że państwo młodzi, na których ślubie zagrali wtedy Maideni, są ciągle razem. Otóż nie. Chociaż info jest ze strony tvn, a ci, jak wiadomo kłamią. Więc na dwoje babka wróżyła.
PS. 2: Plakat wzięty został ze strony go-ahead.pl, a za fotki odpowiada Damiano Arbuzzini, wirtuoz gitary i komórki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Marta Marecka pisze

Dosadnie o życiu i pisaniu

Kałuże i Róże.

Szukam sensu w Krakowie.

Najjaśniejsza Rzeczpospolita Polska

„Nie bójmy się pracy i służby dla Polski, brońmy naszą Ojczyznę”. Tak trzeba!

Atropa Belladonna Von Coup

reader , writer , poet , person .

HEAVY METAL OVERLOAD

... and classic rock too!

Racja jest najmojsza....

Bo przecież nie Twojsza...

Twoja Stara Gra Metal

Metal i Piekło

Discover

A daily selection of the best content published on WordPress, collected for you by humans who love to read.

Longreads

The best longform stories on the web

The Daily Post

The Art and Craft of Blogging

The WordPress.com Blog

The latest news on WordPress.com and the WordPress community.

%d blogerów lubi to: