Brutal Assault (dzień 1.) – Jaromer, Czechy – twierdza Józefów – 12.08.2010.

 

Podróż:

Żeby dostać się do twierdzy Józefów w Jaromierzu, Wasz ulubiony blogger przemierzył całą Polskę, z góry na dół, najpierw pociągiem, a później samochodem. Jedynym ciekawym wydarzeniem z tejże podróży, było zasłabnięcie jakiejś ewidentnie pijanej kobieciny na dworcu, na którym spędziłem 2 godziny, oczekując na towarzyszy dalszej części wyprawy. Kobiecinie pomogli jacyś turyści, a potem wyjątkowo delikatni ochroniarze. Ogólnie nuda. Jazda samochodem również upłynęła spokojnie, w rytmie płyty o której póki co nie wolno mi się wypowiadać, a której teksty do tej pory nie chcą wydostać się z mojej głowy. Dotarcie do Jaromierza w sumie zajęło mi około 14 godzin. Jak się okaże poniżej, nie żałuję.

Miejscówka:

Jaromierz jest małym, 12-o tysięcznym miasteczkiem w północnych Czechach, zbudowanym wokół fortu/twierdzy Józefów. Z okazji festiwalu został on jednak skolonizowany przez 15.000 metaluchów, którzy anektowali praktycznie każdą wolną przestrzeń. Wyglądało to mniej więcej tak: jest sobie kawałek trawnika obok sklepu czy innego zakładu pracy. Następnie, nie wiadomo skąd pojawiają się namioty, które po pewnym czasie wytwarzają wokół siebie sterty puszek i butelek po piwie. Ostatnim etapem było rozłożenie kilku ‚wolno-leżących’ metalowców pomiędzy namiotami i już macie obraz jak wyglądał każdy park, skwer czy inny trawnik w odległości do kilkuset metrów od terenu festiwalu. Doszliśmy z kolegami do wniosku, że dla własnego dobra psychicznego większość autochtonów bierze urlop na czas trwania Brutala. Zostają tylko właściciele rozmaitych pubów i sklepów, dla których festiwal jest żyłą złota- jeśli jakiś metal akurat nie był na terenie twierdzy albo schlany nie leżał na trawie, to najprawdopodobniej kupował alkohol, który go na w/w trawie rozłoży. I tak koło się zamyka. A propos piwa- fakt, że jest produkcji czeskiej w zasadzie mówi wszystko- pycha, niezależnie od marki, acz ja najbardziej gustowałem w Pilsnerze, Budweiserze i lokalnym browarze, którego nazwy nie pamiętam.

Jak wspomniałem powyżej, festiwal jest organizowany na terenie dawnego fortu. Na głównym placu znajdują się obok siebie dwie sceny, na których na zmianę występowały zespoły. Pomiędzy scenami spory telebim, na którym można było podziwiać w zbliżeniu aktualnie występujących artystów. Dzięki takiej organizacji, muzyka atakowała praktycznie bez przerwy- gdy na jednej scenie grał zespół A, na drugiej zespół B już rozstawiał swój sprzęt i robił soundcheck. Oczywiście występowały pewne opóźnienia, ale ja osobiście nie czekałem na żaden z koncertów więcej niż 10 minut, co przy liczbie 66 wykonawców musi budzić respekt. Pozostała część fortu była zajęta przez dostawców piwa i żywności wszelakiej, w tym wegetariańskiej, budki z koszulkami i płytami, namiot Meet & Greet (gdzie można było uścisnąć dłoń i zdobyć autograf idola) oraz punkt wymiany pieniędzy na tzw. żetony. To ostatnie polegało na tym, że na terenie festiwalu obowiązywała jedna tylko waluta- w/w żetony, które można było kupić za 30 koron (ok 4,5 zł). Piwo kosztowało od 1 do 1,5 żetonu, posiłki zwykle 2-3. Nie do końca rozumiem cel tego systemu, ale poza długimi kolejkami do okienka wymiany oraz faktem, iż przed końcem festiwalu trzeba było się pozbyć wszystkich żetonów (mi się uchowały 2 ćwiartki), nie sprawiało to problemów.

Co do różnych utensyliów, to największy problem był z prysznicami. Drugiego dnia, wraz z kolegami z którymi przyjechałem, zakradliśmy się do pobliskiego ho(s)telu, gdzie w piwnicznej, wybetonowanej łazience dokonaliśmy po kolei ablucji. Niestety, właściciel całego przybytku nie był zainteresowany bezinteresowną pomocą bliźnim w potrzebie, i następnego dnia siedział już przy wejściu, żądając 120 koron za kąpiel w zimnej wodzie. Mimo, że wszyscy bardzo potrzebowaliśmy kąpieli, to nie na tyle by wydawać taką fortunę i wybraliśmy dość długi spacer do miejscowej pływalni, gdzie prysznic, wraz z toaletą, a także bardzo fajnym odkrytym basenem kosztował tylko 30 koron. Zwycięstwo było nasze. Jeśli zaś chodzi o wydalanie uryny i kału, to w całym forcie rozstawiono mnóstwo toi-toiów, które spokojnie zaspokajały potrzeby fizjologiczne uczestników. Co dziwne, mimo tego, niektórzy i tak woleli odlać się na ścianę fortu, tuż obok rzędu toalet. Cóż, jak mówi przysłowie łacińskie: przyzwyczajenie drugą naturą człowieka.


Ludzie:
Czyli brać metalowa z całej Europy, z nadzwyczaj licznymi reprezentacjami Polski oraz, rzecz jasna, Czech. Zarysowywała się zdecydowana przewaga mężczyzn, acz pań również było niemało, przy pewnej liczbie osobników nie do końca określonych. Dominował oczywiście kolor czarny. Jeśli chodzi o wygląd uczestników, to repertuar stylizacji wahał się do tzw. casuali w sandałach i jasnych ubrankach, po hard-core’owców. Co do tych ostatnich to najciekawszymi elementami ubioru były glany na łańcuchy, maski przeciwgazowe, i całe stroje z minionych epok. Wszyscy zachowywali się głośno (co ok godziny 3 nad ranem zaczynało doskwierać), ale w sumie przyjaźnie. Najbardziej ekstremalny moment miał miejsce ostatniego dnia, kiedy to jakiś łysy kolo zdjął spodnie, walnął kupę we własną dłoń, podtarł się, a następnie, wyraźnie zadowolony z siebie, wyrzucił odchody do śmietnika. Miejsce drugie zajmuje przeciętnie atrakcyjna pani, podrygująca topless w rytm piosenek Cannibal Corpse.


Koncerty:

INSANIA:
Do Jaromierza dotarliśmy ok 14 i od razu po rozstawieniu namiotów ruszyliśmy wymienić papierowe bilety na lanserskie opaski na ręce oraz smycze z programem imprezy (dobry patent). Kiedy to się dokonało, zwiedziliśmy całą lokalizację przy okazji zaliczając nasz pierwszy koncert,czyli czeską Insanię. Niestety, muzyka zespołu, grającego połączenie punku i nu metalu nie przypadła nam do gustu. Również image zespołu (headsety na Eurowizję i okularki na studenciaków) nie poprawiały odbioru. Acz muszę przyznać, że wokalista zapowiadający kolejny utwór jako historię ‚detektiwa hardkorka’, sprawiła mi trochę prostej radości.Po jakichś dwóch numerach zwinęliśmy się do obozowiska.

BLACK DAHLIA MURDER:
Pierwszy „poważny” występ, po którym nie tylko ja sobie wiele obiecywałem. Moje nadzieje zostały dość szybko rozwiane przez akustyka, który sprowadził dźwięki płynące z głośników do perkusji i wokalu, z nielicznymi przebitkami gitar. Momenty, w których słychać było wszystkie instrumenty, robiły bardzo dobre wrażenie- taka fajna napierdalanka. W porównaniu z płytami, więcej było mięsa w brzmieniu grupy. No i widać było muzyków, którzy dawali z siebie wszystko, szczególnie półnagi wokalista. Jak jednak napisałem powyżej, chwile gdy wszystko grało, należały do nielicznych.

OBITUARY:
Bez bicia przyznaję się, że do dnia koncertu twórczość Amerykanów była mi zupełnie obca, jednak koncert był na tyle fajny, że przy okazji na pewno obadam ich płytę albo nawet dwie. Panowie bez większych ceregieli wyszli na scenę i przyjebali ciężkim death metalem, od którego głowa sama się trzęsła rytmicznie. W dziele zniszczenia pomogło im soczyste i selektywne brzmienie, o jakim tego dnia BDM (i nie tylko, ale o tym później) mogli tylko pomarzyć. Mniam.

ENSIFERUM:
Czyli pagan/folk, czyli skrzypki, fleciki i innego rodzaju gówienka. Po połowie pierwszego numeru doszedłem do wniosku, że kebab z budki w drugim końcu twierdzy wyzwoli we mnie mocniejsze wrażenia niż muzyka zespołu. Miałem rację.

GOJIRA:
Jeśli Francuzów, jako nację, kojarzycie z tchórzliwymi pipkami, w beretach i z bagietką pod pachą, koniecznie musicie zobaczyć koncerty Gojiry. Ja jebię! Potężne brzmienie wraz z samą muzyką rozwaliły mnie tak, że przez cały ich występ, stałem jak ten głupek z otwartą japą. Moc! Już po kilku chwilach otwierającego Oroborusa tappingu miałem ciary. Muzyka braci Duplantier, czyli taki nowoczesny, trochę industrialny metal z silnie zarysowanym groove’em zrobiła świetne wrażenie. Dodatkowo imponował ruch sceniczny- chłopaki rzucali się po całej scenie, wywijając gitarami na wszystkie strony. Ekstra sprawa. Co do setlisty, to dominowały numery z ostatniej, wydanej dwa lata temu The Way of All Flesh, z kilkoma fleszbakami do poprzednich wydawnictw. Ogólnie, jeden z dwóch najlepszych koncertów na BA.

SEPULTURA:
Twórczość Brazylijczyków, wyjąwszy płytę Dante XXI, mam zasadniczo w dupie, więc nawet nie pofatygowałem się pod scenę, kiedy rozpoczęli swój set. Ich występ nie przekonał mnie do zmiany zdania. Zagrali, jak łatwo można się domyśleć, głównie numery z ery Maxa, z paroma kawałkami napisanymi wraz z czarnym Derrickiem, żeby nie było mu smutno (acz z Dante nie było nic). Ogólnie taki tam groove metal. Nic szczególnego. Trochę napsuł im akustyk, bo ze sceny dobiegał dźwięk dość przytłumiony. Licznym fanom, wpatrzonym w żywo headbangującego wokalistę, raczej to nie przeszkadzało. Zespołowi trzeba oddać, że zagrał największy hit tego festiwalu, czyli, rzecz jasna, Roots Bloody Roots. Tyle ich.

FEAR FACTORY:
O wiele lepiej wypadł Fear Factory. Panowie weszli na scenę przy dźwiękach intra z ostatniej płyty, Mechanize (na której skupiał się ich gig) i przywalili tytułowym kawałkiem. Bardzo fajnie. W ogóle, ich muzyka, czyli industrialna napierdalanka z przerwami na łagodne, chóralne zaśpiewy, bardzo fajnie sprawdza się na żywo i widać było, że przypadła do gustu wielu ludziom. Ja sobie podśpiewywałem refreny w starszych numerach (Replica!), ale i tak brakowało mi jakiejś iskry, czegoś specjalnego. Bo teoretycznie wszystko się zgadzało (poza paroma momentami, gdy, jasnowłosy obecnie, Burton pomylił tekst), panowie przechadzali się majestatycznie po scenie, od czasu do czasu machając dynią, odgrywając bezbłędnie swoje partie. Ale trochę za mało w tym entuzjazmu czy spontaniczności. W sumie dobry koncert, ale bez szału. Na marginesie, niezłe wrażenie zrobił basista Byron Stroud- wyglądał jak wielki yeti, który wyrwał małe drzewko i spaceruje sobie, szukając kogoś, komu można by przywalić. Podobnie mały Dino, o kształtach piłki plażowej.

CHILDREN OF BODOM:
…czyli największy zawód. A byli jednym z powodów, dla których wybrałem się na BA. Niestety, Finowie występowali na scenie Jagermeistera, tak jak m.in. BDM, i podobnie jak parę innych bandów, padli ofiarą beznadziejnego dźwiękowca. Generalnie, ich gitary brzmiały jakby były rozstrojone i z głośników wydobywało się tylko głośne pierdzenie. Jako tako brzmiała perkusja i bas, oraz czasem wokale. Najgorzej było przy partiach solowych, zarówno gitar jak i klawiszy- Alexi albo Janne zaczynali grać, ale soundman dopiero po chwili się orientował, i „włączał” ich instrument w połowie solówki. I tak za każdym razem w pięciu utworach! Kurwa mać! Ja sobie dałem spokój gdy byli w połowie piosenki numer 6, bo trochę bez sensu mi się wydawało stanie pod sceną, kiedy po raz kolejny nie potrafiłem powiedzieć jaka piosenka właściwie leci (a jestem całkiem nieźle obcykany, jeśli o dyskografię Childrenów chodzi). Wielka szkoda. Szczególnie żal mi samego Alexiego i spółki, bo było widać, że się chłopaki starają, biegają i w ogóle, a jakiś buc im wszystko pieprzy. No nic, może po wydaniu nowej płyty wpadną do naszego kraju z odpowiednim człowiekiem od kręcenia gałkami.

Przybity po koncercie CoB, a także zmęczony długą podróżą udałem się do namiotu, mimo, że było dopiero parę minut po 23. Straciłem przez to show amerykańskich kosmitów z Gwar, a także słynnego Gorgorotha. Szczególnie żałuję tego drugiego, bo podobno zagrali nad wyraz żenująco. Mówi się trudno.

foto zrobił: http://pavolek.com

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

HEAVY METAL OVERLOAD

... and classic rock too!

Racja jest najmojsza....

Bo przecież nie Twojsza...

Twoja Stara Gra Metal

Metal i Piekło

Discover

A daily selection of the best content published on WordPress, collected for you by humans who love to read.

Longreads

The best longform stories on the web

The Daily Post

The Art and Craft of Blogging

The WordPress.com Blog

The latest news on WordPress.com and the WordPress community.

%d blogerów lubi to: