Lamb of God: Into Oblivion

No kurwa w końcu! W końcu moja ulubiona ekipa z Richmond w stanie Wirginia ponownie nagrywa płytę, którą da się przesłuchać z przyjemnością od początku do końca. Mimo, że napisana i nagrana w tym samym składzie, znowu z Joshem Wilburem za konsoletą, to po raz pierwszy od ponad dziesięciu lat czuć w ich muzyce życie, energię i pasję. I jakkolwiek trudno pomylić ich z jakimkolwiek innym zespołem, to nie mam tu poczucia, że jadą na autopilocie, kopiując w nieskończoność riff z “Desolation”. Co więcej, pojawiają się nieśmiałe i udane próby eksperymentów z zagrywkami i strukturami piosenek, jak np. w “Sepsis” czy “El Vacio”. Ale co najważniejsze, zdecydowana większość tych numerów jest dobra! Utwór tytułowy, “St. Catherine’s Wheel”, czy dwa wspomniane wyżej, wjechały do mojej regularnej rotacji. Ale chętnie wracam do całej płyty, bo płynie bardzo przyjemnie.

Minusy? 2-3 ostatnie piosenki są raczej przeciętne, choć bez dramatu.

Jako długoletni fan Baranka bożego odczuwam nie tylko radość, ale i ulgę, że po tylu latach zespół był w stanie wydostać się z twórczej zapaści i dostarczył płytę na tyle udaną, że mogę ją postawić obok VII, a może nawet Wrath z 2009. Swoją drogą, ciekawe skąd to odrodzenie? Czyżby druga kadencja pomarańczowego prezydenta natchnęła zespół?

I tylko szkoda, że do Polski nie przyjadą na osobny, headlinerski koncert, a jedynie jako support 5 Finger Death Punch, którymi serdecznie gardzę. No nic, może przy następnej, oby równie udanej płycie.

Ps. Ale nowe logo i tak ssie pęto. Mogli już zostać przy tym nieszczęsnym papyrusie.

Dodaj komentarz

Witryna internetowa zasilana przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑