Open’er Festival, dzień 2 – Lotnisko Gdynia-Kosakowo – 03.07.2014.

CZĘŚĆ I: rys historyczny
Zacznijmy od ujęcia osobisto-historycznego. Do muzyki Pearl Jam podchodziłem trzy razy. Po raz pierwszy, kiedy dowiedziałem się, że jest to ulubiony zespół jednego z moich ówczesnych bohaterów – Dennisa Rodmana. Byłem wtedy w podstawówce i polowałem na jakiś teledysk tego zespołu z dziwną nazwą, aż w końcu udało się! Już nie pamiętam, czy było to 30 Ton czy może Clipol, ale trafił się jakiś koncertowy klip, gdzie długowłosi ludzie grali szorstką i niefajną piosenkę. W tamtych czasach o szybsze bicie serca przyprawiały mnie Spice Girls (i to samą muzyką! Acz już wtedy czułem słabość do Emmy Bunton) i polski pop-rock, z Varius Manx (tylko z Anitą, rzecz jasna!) i Edytą Bartosiewicz na czele. Nic więc dziwnego, że brudasy z Seattle wydały mi się odpychające i dałem sobie z nimi spokój na jakiś czas.
Parę lat później miałem już w domu antenę satelitarną i dostęp do kanałów muzycznych, dzięki którym zacząłem jarać się muzą, której nie było ani w Muzycznej Jedynce ani RMF FM. I pewnego razu jakaś Viva Zwei czy inna stacja pokazała niesamowity wprost klip. Cały był w estetyce komiksowej, z szybkim montażem i niepokojącymi obrazami. Za pierwszym razem jak zobaczyłem scenę z pilotem-kościotrupem, to o mało co nie spadłem z kanapy.

Muzyka wydawała mi się trochę za mocna, ale oczarowany stroną wizualną, obejrzałem teledysk tyle razy, że się przyzwyczaiłem i nawet zamówiłem u św. Mikołaja kasetę tego dziwnego zespołu. Mikołaj pokazał klasę i wraz z Masterplan Oasis dostałem taśmę Yield. Poza “Do the Evolution” chyba nic mi nie podeszło. Wokalistą miał irytującą manierę wokalną, a piosenki wcale nie chciały wpaść do ucha. Zawód.
Jakiś rok później byłem w liceum, pośród nowych ludzi, którzy słuchali właśnie takich hałasów. Jeden z nowych kolegów (Arturze, jeśli jakimś cudem to czytasz, pozdrawiam Cię serdecznie!), któremu wyjawiłem, że właśnie wchodzę w bardziej alternatywne klimaty (Offspring, suko!), wmusił mi wręcz płytę cd z różową okładką i piątką typów przybijających combo-piątkę. Nazwę oczywiście kojarzyłem, ale pomny wcześniejszych nieudanych podejść do twórczości Edka i spółki, podszedłem do sprawy dość sceptycznie. A potem usłyszałem “Even Flow” i dostąpiłem objawienia. Nie jest absolutnie żadną przesadą, że Ten odmieniło moje życie (pół na pół z okresem dojrzewania i przebojami z tym związanymi). Niedługo później kupiłem gitarę, a kieszonkowe zamiast w kioskach na komiksy zaczęły przepadać w sklepach muzycznych (śp. “Rocknroller” przy Bramie Portowej w Szczecinie) na kasety. I tak dalej, i tak dalej. Po co był ten przydługi wstęp? Abyście mieli, Drodzy Czytelnicy, pewien kontekst, pokazujący jak ważne dla mnie było to wydarzenie. Poprzednie 4 występy zespołu z rozmaitych przyczyn mi umknęły, ale tym razem się udało. A jak było, przeczytacie poniżej.

CZĘŚĆ II: relacja właściwa
Dojazd:
Bardzo fajnie jest, kiedy organizatorzy tak dużej imprezy współpracują z władzami miasta, a władze te są świadome, że sam festiwal, jak i sprawy z nim związane stanowią wizytówkę dla danej miejscowości. I Gdynia wydaje się to rozumieć (w przeciwieństwie do takiego np. Poznania). Wszędzie były reklamy wydarzenia i porady jak dotrzeć na miejsce. Dodatkowo, spod dworca cały dzień kursowały autobusy dowożące publiczność na lotnisko Kosakowo. Podróż prawie że pełnym autobusem przebiegła umiarkowanie sprawnie. Umiarkowanie, bo niestety korków ok 17 nie da się uniknąć. Potem jeszcze 10 minut spaceru do bramek, wymiana biletów na lansiarskie opaski i voila, byliśmy na miejscu.

Miejscówka:
Po terenie festiwalu widać było, że to nie jest pierwsza edycja. Wszystko sensownie poukładane i rozplanowane. Kilka scen, do tego parę przestrzeni artystycznych, które mogłyby być większe, ale i tak całkiem spoko. Na chama można by się przyczepić, że za dużo stoisk komercyjnych, ale dzięki temu wybór posiłków był naprawdę spory. Gorzej z napojami, ale tak to jest, kiedy głównym sponsorem jest jeden browar. Największą wadą była bardzo mała liczba toalet- w kolejce stało się od 5 do 20minut, co jest sporym przegięciem. Poza tym, warto wspomnieć, że wszędzie było całkiem czysto, a stewardzi sympatyczni.

Ludzie:
Tu nie uda mi się uniknąć niesprawiedliwych uogólnień, ale trudno. Większość ludzi wydawała mi się mega-bucami, dla których głównym powodem przyjazdu na Openera nie była muzyka, ale chęć pokazania siebie i swoich ciuchów. Najwyraźniej widoczne to było podczas koncertu MGMT. Spora część ludzi zaczynała tańczyć dopiero, kiedy najeżdżała na nich kamera i widzieli się na wielkim telebimie. Żena w chuj. W czasie występu głównej gwiazdy było z tym lepiej, ale też znalazło się paru młodzieńców, którzy zupełnie nie rozumieją/mają w dupie przekaz Edka i spółki. Szczególnie w czasie “Jeremy’ego” najagresywniej młyn rozkręcali kolesie, którzy wyglądali na typowych szkolnych brutali (ang. bullies. Nie wiem jak to lepiej przetłumaczyć. Chuje?). Ale parafrazując Kubę Sienkiewicza: “Są imprezy masowe i są takie, gdzie trzeba poszukać wejścia”.

MGMT:
Zespół grający electro-pop. Bez bicia przyznam się, że ich pierwszą płytę, Oracular Spectacular, wciągam w całości. Bardzo fajne, poprawiające nastrój pioseneczki. Nic głębokiego, ale do potańczenia w sam raz. Drugie ich wydawnictwo to nuda totalna, a trzeciego nawet nie ruszałem. I prawdopodobnie już nigdy nie ruszę, bo to co zaprezentowali na scenie było wręcz żałosne. Cały 7-o osobowy zespół na czele z wokalistą, wyglądał jakby na festiwal przyjechał na karę. Przez cały set wyglądali na na wpół znudzenonych, na wpół nadąsanych. Nawet kiedy grali największe hiciory, takie jak “Kids” czy “Electric Feel” nie wykrzesali ani iskierki energii. Niech spierdalają po wieczność.

Pearl Jam:
Zaraz po 22 główna gwiazda wieczoru wyszła na scenę i zaserwowała najpierw “Go”, a potem od razu “Corduroy”. I już kilkaset tysięcy osób zostało kupione. Jak na prawdziwego fana przystało, wbiłem się pod scenę, do Golden Circle. Z tym, że wejście tam trzeba było opłacić wytrwałością (a także siłą), a nie złotymi dukatami, jak niestety coraz częściej się dzieje na dużych imprezach.
Tutaj mała dygresja. Odgrodzenie terenu pod sceną od reszty jest sensownym konceptem- dzięki temu ryzyko zadeptania fanów stojących bliżej przez całą przez pozostałych jest mniejsze. Z dupy jest jednak to, że trzeba za ten przywilej dodatkowo płacić. W rezultacie, najbliżej artysty nie znajdują się młodzi fani, gotowi przelać pot, krew i łzy, a stare pierdy, których stać i mieli zachciankę być w bardziej lansiarskim miejscu. Plus dla Openera, minusy dla wszystkich innych. Koniec dygresji.
Po cudownym “Corduroy” Eddie po raz pierwszy próbował zagadać do publiczności, ale zaczął jąkać się strasznie i dopiero łyk wina (przez cały set opróżnił około 2 butelek) upłynnił jego mowę. W ogóle jego konferansjerka była jedną z bardziej uroczych rzeczy, jakie dane mi było słyszeć w czasie koncertu rockowego. Często wyrażał troskę o fanów, próbował czytać tekst z kartki po polsku (za każde dobre słowo dostawał burzę oklasków. Najlepiej wyszła “perkusja” – “Behind perkusja Matt Cameron!”), komplementował polskich fanów, a także, o dziwo władze (bo przymknęły oko na brak paszportu któregoś z muzyków). I żartował sobie z fanów: (do typa, który półnagi wskoczył komuś na barki i machał łapami) “Wow, you must have a really huge… ego. And a very small… town” (i tutaj oczywiście poleciało “Elderly Woman Behind a Counter in a Small Town”). A poza tym skakał, grał na gitarze i śpiewał. Śpiewał bardzo dobrze przez bite dwie godziny i z takim ogniem, że ciarki szły. Reszta zespołu też pokazała się z jak najlepszej strony, szczególniej wycinający grackie solówki Mike McCready.
Nic dziwnego, że nawet taki stary dziad jak ja (przynajmniej w porównaniu z otaczającą mnie gimbazą i studenciakami) znalazł w sobie energię żeby samemu skakać, tańczyć i drzeć japę walcząc przy tym z napierającym tłumem. Troszkę się uspokajałem przy nowszych rzeczach (chociaż na “Mind Your Manners” też działo się), ale poza tym szał zupełny. A przy spokojniejszych klasykach, takich jak np intro “Given to Fly” czy “Betterman” to i łezka w oku z emocji się zakręciła. A propos listy utworów, to zagrali coś ze wszystkich płyt poza trzema środkowymi, tj. Binaural (szkoda), Riot Act (całe szczęście) i Pearl Jam (nic straconwego). Poza wymienionymi powyżej, ekstra wyszły “Animal” i “Rearviewmirror”. Do tego dorzucili dwa covery: “Public Image” drugiej grupy Johnny’ego Rottena i świetnie zagrany “Baba O’Reily” The Who na sam koniec. W tym drugim numerze udzielały się śpiochy z MGMT. Co ciekawe, przy tej okazji pokazali więcej energii niż przez 90min swojego własnego show.
Jakkolwiek na codzień słucham muzyki raczej deprymującej i wściekłej, niosące w gruncie rzeczy pozytywne przesłanie kompozycje Edka i spółki mają jakąś taką magię w sobie, że nie potrafię im się oprzeć. Na żywo utwory te dostają dodatkowej energii, przez co cały show minął niepostrzeżenie, ale do tej pory na samą myśl o nim cieszy mi się micha.
Co tu więcej pisać – koncert życia.

Cytat wieczoru:
Wagon SKM relacji Gdynia-Gdańsk, ok. 1:30. Rozmowa telefoniczna pomiędzy lekko pijanym festiwalowiczem, a obiektem jego westchnień:
– Ty… jesteś jak czarna dziura… A cała moja uwaga jest jak światło… Jesteś jak czarna dziura… Nie, nie chodzi o wielką masę…

Dobranoc!

ps. Setlista
pps. obrazki wzięte ze stron:
http://mowianamiescie.pl/
http://muzyka.onet.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

HEAVY METAL OVERLOAD

... and classic rock too!

Racja jest najmojsza....

Bo przecież nie Twojsza...

Twoja Stara Gra Metal

Metal i Piekło

Discover

A daily selection of the best content published on WordPress, collected for you by humans who love to read.

Longreads

The best longform stories on the web

The Daily Post

The Art and Craft of Blogging

The WordPress.com Blog

The latest news on WordPress.com and the WordPress community.

%d blogerów lubi to: