Sonisphere – Stadion Narodowy, Warszawa – 11.07.2014.

Na zakup biletu na czwartą polską edycję festiwalu zdecydowałem się, kiedy organizator ogłosił, że wystąpi tam Alice in Chains. Alicję kocham tak samo jak Perłowy Dżemik, więc  pomimo niezbyt pochlebnych opinii na temat miejsca koncertu lekką ręką wydałem ćwierć tysia na bilet. Tym bardziej, że wszystkie ich okoliczne występy (tj. te w Niemczech) szybko się wyprzedały.

Miejsce:
Stadion Narodowy z zewnątrz wygląda jak wiklinowy koszyk, obklejony biało-czerwonymi bandażami. Na terenach dookoła rozstawiono mulktum punktów gastronomicznych, gdzie sprzedawano posiłki w fikcyjnych cenach (zwykła kiełba 20zł, szaszłyk 35). Było też piwo. Bezalkoholowe. Po 8zł za 0,33l.
Od środka warszawski obiekt jest taki sam jak poznański INEA stadion, z tym, że z okazji koncertu zdjęto trawę, odsłaniając beton. Z powodu protestów okolicznych mieszkańców, narzekających na hałas, ruchomy dach został zamknięty. Dzięki temu, przybyła jeszcze jedna powierzchnia od której dźwięk mógł się odbijać. Ale o tym za chwilę. Poza dźwiękiem, najbardziej kuriozalnym aspektem tej imprezy było to, że Golden Circle zajmował większą część płyty. W ten sposób osoby najbliżej sceny nie miały żadnej osłony przed masami ludzkimi, a bilet normalny de facto kosztował 350, a nie 250 zł. Kto wie, może następnym razem Golden Cricle zajmie całą płytę, a bilety General Admission upoważnią do miejsca pod bramą stadionu albo w niebieskiej loży z plastiku firmy Toi-Toi?

Chemia:
Kiedy zaczynali grać, mój pociąg dopiero wjeżdżał na peron. Tak więc jeszcze przyjdzie mi poczekać na pierwszy kontakt z tym bandem.

Kvelertak:
Po krótkim intrze, na scenę wszedł wokalistą w hełmie z wypchanej sowy, a wraz z nim reszta zespołu. A potem zaczęli grać. Więcej naprawdę nie jestem w stanie powiedzieć, bo zamiast muzyki słychać było ścianę dźwięku. I tak do końca występu.

Po tym poruszającym doświadczeniu potrzebowałem dojść do siebie na świeżym powietrzu. Na płytę wróciłem już w trakcie show…

Anthrax:
W międzyczasie dźwiękowcy doszli do tego, że coś jest nie teges. Ich receptą było podkręcenie głośności na maxa. O dziwo, odrobinę to pomogło. Gitary ciągle się gryzły, a basu nie było słychać w ogóle, ale przynajmniej szło rozróżnić piosenki. Jednak hałas był taki, że ledwo szło wytrzymać. Sam koncert został zagrany poprawnie. Nie jara mnie ich muzyka zbytnio, ale przez te 30 minut pokiwałem sobie głową do ich radosnego thrashu.

Alice in Chains:
Jako, że gra zespołu Jerry’ego Cantrella opiera się na trzech instrumentach (William DuVall tylko czasem chwytał za drugą gitarę), ich brzmienie było najklarowniejsze tego wieczora. Ciągle złe, bo basu nie było słychać, gitary były zamulone, perkusję słychać był wybiórczo (jakby tylko niektóre bębny były nagłośnione), a całość potwornie głośna, jednak inne zespoły miały gorzej.
Mimo tak niekorzystnych warunków, Alicja zaprezentowała się naprawdę nieźle. Zresztą trudno wypaść źle, jak ma się w repertuarze takie petardy jak “Them Bones”, “Grind” czy “Would?”. Ogólnie setlista dała radę i koncert miał dobry flow. Wykonanie trudno mi ocenić ze względu na zły dźwięk, ale to co było słychać, robiło dobre wrażenie, szczególnie pełne ognia solówki Cantrella. Największą pozytywną niespodzianką był występ głównego wokalisty. DuVall jest, rzecz jasna, innym typem frontmana niż wiecznie półmartwy (a obecnie już nawet całkiem martwy) Layne Stayley, ale pokazał się z jak najlepszej strony. Świetnie śpiewał (harmonie z Jerry’m wychodziły bezbłędnie) i robił co mógł, żeby zagrzać publikę.
I tu dochodzimy do kolejnego minusa Sonisphere, czyli właśnie widowni. Jezus Maria, jakie to były ćwoki. Można mieć różne preferencje muzyczne, ale jeśli zespół kończy piosenkę to się bije, kurwa, brawo. Szczególnie, jeśli to było “Down in the Hole”. Ale nie, po co klaskać komukolwiek, kto nie jest Metallicą. Wstyd mi było, gdy największy ruch był po stronie “taniej” płyty przy barierkach, a pod samą sceną stypa totalna. Mam nadzieję, że Alicji to nie zrazi i kiedyś wpadną jeszcze do tego Cebulandu, tym razem jako headliner w dobrze nagłośnionym klubie, a nie na Januszfest robiony przez LiveNation.
Wracając do meritum, pomimo warunków dalekich do idealnych, show AiC podobał mi się i rozbudził apetyt na więcej w lepszych okolicznościach.

Metallica:
Nie wiem, nie widziałem. Zaraz po ostatnich taktach “Rooster”, wieńczących koncert zespołu z Seattle, poszliśmy sobie z kuzynką na pociąg. Nie dlatego, że Metalliką jakoś szczególnie gardzę. Powody są następujące:
1. Stadion i atrakcje związane z jego akustyką. Naprawdę nie potrafię zrozumieć, czemu, po tych wszystkich koncertach, na których publiczność jednogłośnie narzekała na jakość dźwięku, kolejną muzyczną imprezę robi się w miejscu zupełnie do tego nieprzystosowanym. Ja wiem, nasi super politycy wywalili na te molochy mnóstwo naszych pieniędzy i teraz to się musi zwrócić, ale czemu kosztem fanów muzyki? Bo są frajerami i zawsze przyjdą?
2. Metę widziałem dwa razy (2004 w Chorzowie i na Big Four na Bemowie) i było fajnie. Ale od tamtej pory, a w sumie to od 20 lat, panowie nie nagrali choćby średniej płyty (dobrej od 25-u). I zdecydowanie nie są na fali wznoszącej. A nowiutka piosenka “Lords of Summer” brzmi jak odrzut z sesji Death Magnetic i ma kretyński tekst.
3. Setlista a’la Janusz. Jak pewnie wiecie, w formule „By Request” chodziło o to, że fani sami mogli wybrać piosenki, które zagra zespół- fajna okazja, żeby posłuchać jakieś mniej znane numery. I co? I gówno. Hetfield i spółka pojawiają się na polskiej ziemi średnio co 2-3 lata. Jakim trzeba być bucem, żeby spośród 125 piosenek, które ten zespół nagrał, wybrać te co grają zawsze? “Nothing Else Matters”, “One” i “Enter Sandman” były w pierwszej piątce najchętniej wybieranych! Największym rarytasem był skrajnie gówniany cover “Whisky in the Jar”, którego nie mogę wprost zdzierżyć. No ja pierdolę!
4. Taki symboliczny, nic nie znaczący gest w kierunku LiveNation. Wiem, że nic się nie zmieni w ich polityce, dopóki ludzie będą masowo kupowali te ich bezsensownie drogie bilety. Ale czasem trzeba coś zrobić.
5. Bo PKP. Ostatni pociąg Warszawa-Poznań wyjeżdża z Centralnej o 22:35. Potem jest dopiero o 5 z czymś. Może zdążyłbym przesłuchać kilka pierwszych numerów, ale: patrz punkty 1-4.

Podsumowując, koncertom na stadionach organizowanych przez LiveNation mówię zdecydowane nie. Dopóki nie zadbają o sensowną akustykę i normalne ceny. Chociaż kto wie, teraz tak gadam, ale jak rzucą jakiegoś Toola, pewnie nawet na GC wciągnę i będę się cieszył. Albo pojadę za granicę.

obrazek wzięty z www.antyradio.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

HEAVY METAL OVERLOAD

... and classic rock too!

Racja jest najmojsza....

Bo przecież nie Twojsza...

Twoja Stara Gra Metal

Metal i Piekło

Discover

A daily selection of the best content published on WordPress, collected for you by humans who love to read.

Longreads

The best longform stories on the web

The Daily Post

The Art and Craft of Blogging

The WordPress.com Blog

The latest news on WordPress.com and the WordPress community.

%d blogerów lubi to: