Piłka meczowa
Converge: Love Is Not Enough
Trzydzieści sześć lat grania, dwanaście pełnych płyt, a oni ciągle potrafią nagrywać płyty, przy których chce się rzucać krzesłami, a chwilę potem uronić łezkę lub dwie. LINE jest może mniej połamana od poprzedniczek, ale ma przynajmniej tyle samo ognia. Świetna rzecz.
Cryptic Shift: Overspace & Supertime
Początek odrzucił mnie w chuj- techniczny death metal z jazzowymi wtrętami. Takie walenie konia na czas- może robi wrażenie jeśli chodzi o szybkość i kondycję, ale zdecydowanie brak w tym uczucia i atmosfery. Jednak w kolejnych utworach pojawiają się zwolnienia i przede wszystkim przestrzeń, które pozwalają dźwiękom i słuchaczom odetchnąć trochę. Całość dzięki tym zmianom robi się naprawdę ciekawa, choć w tym momencie jeszcze nie potrafię powiedzieć, czy mi się podoba.
Dezerter: Wolny wybieg
Przekaz i teksty jak zawsze w punkt, ale muzycznie zespół zanotował spory regres w stosunku do Kłamstwo to nowa prawda z 2021. Poza “Jadem” piosenkom brakuje energii, pazura i wszystkie brzmią mocno przeciętnie.
Kathryn Mohr: Carve
Smutna pani śpiewa i gra na gitarze z różnymi stopniami przesteru. Przypomina mi trochę St. Anger pod tym względem, że brzmi raczej jak demo na którym słychać zalążki fajnych pomysłów, ale nie jak skończony produkt. Może kogoś ujmie naiwność tych nagrań, dla mnie to jest po prostu niedorobione.
Magus, The: Daemonosophia
Black metal z mocnymi nutami heavy, momentami przypominający Watain. Całość ma podniosłą atmosferą obrzędu religijnego, co może niektórych odrzucać, ale dla mnie ratuje się naprawdę solidnymi piosenkami. Tak więc lekki dystans z powodu tego całego patosu, ale ogólnie jest ok. Aczkolwiek ten walczyk na koniec niepotrzebny.
Misotheist: De Pinte
Całkiem spoko blackened death z Norwegii. Jak lubicie taką gęstą napierdalankę to można sprawdzić, ale brakuje tej muzyce jakiejś wyjątkowości- wszystko to słyszeliśmy już wielokrotnie.
Neurosis: An Undying Love for a Burning World
Czytam te wszystkie ekstatyczne recenzje tej płyty, jak relacje z objawienia tajemnicy fatimskiej, nakładam słuchawki i uszami szukam tego samego. A tu nic. Jak zachwyca, jak mnie nie zachwyca? Tak więc narażając się na ostracyzm, ale pozostając wierny sobie napiszę: jest to naprawdę solidny atmosferyczny sludge. Utwory są na tyle ciekawe, że mimo nadzwyczajnej długości nie nużą i cały album wchodzi całkiem przyjemnie. Ale wracać nie mam żadnej potrzeby.
Scythe, The: Strictly for the Scythe
Hip-hopowa super grupa dowodzona przez Denzela Curry’ego. Dudniące basy bardzo fajnie bujają, a refreny zapadają w pamięć. Tekstowo mniej ciekawie, bo głównie przechwałki, ale zrobione nadzwyczaj fachowo, z kilkoma perełkami (“When I look at you, I see unemployment”).
Temple of Void: The Crawl
Nawet znając poprzednie płyty zespołu i tak zostałem zbity z pantałyku. Płyta brzmi, jakby panowie przekręcili jakąś gałkę w kompozycyjnym robocie w kierunku wskaźnika rock. I jak na poprzednich płytach chodziło o posępny grunge, to tutaj mamy do czynienia z bardziej epickimi, stadionowymi wręcz motywami. I nie ukrywam, trochę mi się to gryzie z death metalowym jądrem Temple of Void. Na szczęście piosenki ciągle mają mocne, więc jakoś to idzie, ale nie jestem jeszcze do końca przekonany.
Throat: Beyond the Devil’s Shroud
Pełnowymiarowy debiut polsko-fińskiego zespołu. Już pierwsze dźwięki przenoszą nas do Norwegii w połowie lat dziewięćdziesiątych, gdzie zostaniemy już do końca. Innymi słowy, dostajemy tu tradycyjny black metal- zero melodyjek, awangardy i innych zewnętrznych naleciałości. Tylko piwnica i diabeł. Dla fanów takiego grania jazda obowiązkowa, dla mnie jednak to tylko Darkthrone-worship. Dobrze zrobiony, ale niezbyt wciągający.
Węże: FIRST PIT
Zespół z Warszawy, który brzmi jakby Zdechły Osa postanowił nagrać hardcore. Słychać, że próbują być oryginalni, mieszają stary hc z Turnstile, i jakoś jest to nawet ciekawe, ale tylko podczas pierwszego przesłuchania. Potem okazuje się, że piosenkowo ta płyta mocno kuleje i nie daje przyjemności. Tak więc raczej nie polecam.

Dodaj komentarz