Mogłem o tym już na tych łamach wspominać, ale moja, typowa dla młodych adeptów sztuki gitarowej, faza uwielbienia dla wszelkich wirtuozów trwała bardzo krótko. Szybko okazało się, że poza nielicznymi wyjątkami, niewielu z nich ma do zaoferowania coś więcej niż szybkie przebieżki po gryfie. Bohater tej relacji częściowo wpisuje się do tej grupy, bo jak ktoś go zaprzęgnie do pisania piosenek, czy to Marilyn Manson, Rob Zombie, czy ktoś inny, to okazuje się, że umie w riffy i kompozycje. Ale jak ma tworzyć na własny rachunek, to zwykle skupia się na popisach i robieniu dziwnych dźwięków. Ale z racji tego, że ma naprawdę bogate portfolio, a także sporo kombinuje i miesza rozmaite gatunki, postanowiłem sprawdzić, jak radzi sobie na żywo.

Pan 5 na scenie pojawił się tuż po 21, w towarzystwie perkusisty. Pozostałe partie gitar niestety puszczano z taśmy i to był w zasadzie jedyny minus tego występu. Bo mimo, że jak wspomniałem wyżej, John raczej ma w dupie pisanie fajnych piosenek, to koncert był wyśmienity. Trudno było oderwać wzrok i słuch od tego co się działo na scenie. Przede wszystkim urzekała maestria muzyka. To co robi z instrumentem jest po prostu niesamowite. Nieważne czy metal, jazz, czy country, wszystko brzmiało nadzwyczaj rasowo, a zagrane tak, że klękajcie narody. Do tego dochodzi wyrazisty image w stylu seksowny kowboja-zombie i obycie sceniczne. Niby tylko przechadzał się w tę i z powrotem, ale bił z niego magnetyzm typowy dla największych gwiazd. Nie uciekał się przy tym do żadnych sztuczek czy scenografii (poza założeniem maski pod koniec występu)- po prostu chłop, gitara i urywające głowę umiejętności. A także spora ilość wdzięku i ewidentnej radości z gry.

Po części autorskiej, kiedy to odgrywał swoje kompozycje oraz “Crazy Little Thing Called Love” Queen, zaprosił na scenę technicznego, który chwycił za bas i polecieli z riffami obecnego zespołu białowłosego wirtuoza, czyli Motley Crue. Pojedyncze osoby z publiczności znały teksty i śpiewały, cała reszta dołączyła w trakcie ostatniej piosenki, czyli “Sweet Dreams (Are Made of These)” z repertuaru Mansona (a w oryginale Eurythmics).
Z pewnością wiele osób uznałoby ten koncert za popis i cyrk. I całkiem możliwe, że mieliby rację. Ja się bawiłem jednak świetnie, o wiele lepiej niż na występie Furii dwa dni wcześniej. Więc stojąc przed wyborem fajny cyrk albo sztuka ambitna, wybieram cyrk. I na szczęście mam już tyle lat, że się w ogóle tego nie wstydzę.
Ps. chuj w oko i kawałek szkła typowi z publiczności, który w czasie spokojniejszego utworu koniecznie musiał opowiadać historię życia, tak, że słyszałem go wyraźniej niż muzykę. Obyś dostał sraczki stojąc w korku w centrum miasta, bucu.

Dodaj komentarz