Mystic to impreza, której wyczekuję już w drodze powrotnej po ostatnim koncercie ostatniego dnia. 4 dni relaksu pośród ukochanej muzyki i fajowych ludzi. Tym razem była dla mnie jeszcze bardziej istotna, bo pozwoliła oderwać się od wyjątkowo przykrej codzienności. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale ostatnie pół roku to był najtrudniejszy czas w moim życiu. Jednak kiedy przechodziłem pod bramą wejściową na teren Stoczni, dochodziły mnie pierwsze dźwięki gitar, bębnów i wokalu, złe myśli rozpierzchały się jak pierdnięcia na wietrze. To jest właśnie moc muzyki. No i Jägermeistera pomieszanego z Monsterem.

Dobra, koniec patetycznych wstępów, czas na konkrety. Co się zmieniło w stosunku do roku ubiegłego? Po pierwsze, wszystkie sceny zostały postawione na czas. Po drugie, vis a vis sceny głównej, postawiono drugi Szamo-Dwór (ang. food court). Obie zmiany zdecydowanie na plus. Poza tym wszystko jak zwykle- na najwyższym poziomie.
Fear Factory

Czy to się powinno nazywać Fear Factory, skoro jedynym klasycznym członkiem jest Dino Cazares (którego i tak nie było na dwóch płytach)? Nie mnie osądzać, ale nie takie hece widzieliśmy w naszym metalowym świecie. Krągły gitarzysta może i pcha ten wózek, ale i tak cała uwaga była skupiona na czerwono-włosym Włochu imieniem Milo, który zajął miejsce Burtona C. Bella za mikrofonem. Powiem tak, typ umie śpiewać. Powiem więcej, robi to czyściej niż jego poprzednik. Ale nie ma w sobie tej charyzmy Burtona. Z tego względu całemu show troszkę brakowało energii, ale jak się ma takie hity, to można sobie pewne rzeczy odpuścić. A tutaj leciały same bangery. Przy “Linchpin” i “Zero Signal” zapomniałem o metryce i wskoczyłem do koło-wądoła (ang. circle pit). Ogólnie więc bawiłem się dobrze, ale obiektywnie nie był to jakiś świetny koncert.
Body Count

Nudy w chuj. 7 osób na scenie, z czego jeden koleś robił chórki, a inny gibał się tylko jak pierdolony rezus. Ice-T zupełnie bez energii dreptał w tę i nazad, jakby czekał na spóźniony autobus. Jedynie Ernie C na gitarze coś tam działał.
Suffocation

O człowieniu! Koncert dnia. Brzmienie i energia zabijały. A Terrence Hobbs jest bogiem gitary. Jak wycinał te swoje pojebany riffy to zaczynałem wierzyć w Boga. Najlepszy koncert death metalowy w życiu. Nie rozumiem tylko, czemu grali na najmniejszej Desert Stage.
Witching

Z nazwy black, z image’u feministyczny punk/noise rock, w praktyce death metal. Instrumentalnie całkiem spoko, ale wszystko kładła wokalistka, której nie starczyło pary w partiach ryczanych, a śpiewane kładła fałszem. Dość żenujące. Swoją drogą głupio wyszło, że na najgorszym występie wyszła mi najlepsza fotka. Ale tak to jest, Twoja Stara strzela, diabeł zdjęcia nosi.

Dodaj komentarz