Hangman’s Chair

Francuzów lubię głównie za nazwę i brzmienie. Ich ciężki, melancholijny doom, kojarzący się trochę z twórczością Yob, robi mi nadzwyczaj dobrze, szczególnie jesienią. Problem w tym, że pod względem kompozycyjnym jest to zespół najwyżej średni, mający na koncie zaledwie kilka naprawdę udanych numerów, np. doskonałe “Full Ashtray”. No i tego piątku w Krakowie nie zagrał żadnego z nich. O żadnym show scenicznym nie było mowy, więc okrutnie wiało nudą. Jedyną jasną stroną ich występu była forma wokalna Cédrica Toufouti, który bardzo ładnie wyciągał wszystkie górki i całą resztę. Ale to zdecydowanie za mało, żebym się dobrze bawił.
Dool

Niedawno się rozpływałem nad Holendrami przy okazji ich występu na Mystiku. Używając języka sportowego: tego wieczoru w Krakowie tylko potwierdzili swoją świetną formę. I pewnie, mógłbym się czepić tego, że w porównaniu z czerwcem, głos Raven van Dorst zdarł się jakby od tamtego czasu śpiewała codziennie, ale rewelacyjne piosenki i wielka charyzma Raven przyćmiły ten niedostatek. Przy okazji van Dorst okazała się osobą bardzo fajną, której popularność w Holandii (gdzie m.in. jest osobą jurorską w tamtejszym Voice) nie uderzyła do głowy i można było z nią pogadać i cyknąć selfiaka. Oczywiście jest to tylko miły dodatek do udanego koncertu, ale fajnie jak artyści są fajnymi osobami.

Dodaj komentarz