Marilyn Manson – Warszawa, Stodoła – 17.11.2009

 

Prawie półtora miesiąca zajęło mi namawianie mojej ulubionej bloggerki, znanej jako Następna Blogująca, do opisania swoich wrażeń z koncertu MM, na który tu udała się w roli opiekunki swej młodszej siostry. W końcu się udało i co tu dużo mówić- warto było czekać! W tym miejscy pozwolę sobie podziękować Jagodzie za trud włożony w stworzenie tej relacji- wyszło, jak zwykle, błyskotliwie i, pomimo morza dygresji, na temat. Buk zapłać, Tey!
A teraz koniec z bzdetami- przed Państwem pierwszy (i mam nadzieję, że nie ostatni) gościnny post na Twojej Starej (wytłuszczenia moje. moje komentarze zaznaczone kursywą):
 

Tytułem wstępu, gorąco pozdrawiam mojego mecenasa, w osobie Ojca Twojej-Starej, który nie tylko zechciał otworzyć dla mnie łamy tegoż bloga, ale i uwierzył, że jestem w stanie odnaleźć się w ulubionej formie wypowiedzi wszelkich sfrustrowanych , niedoszłych artystów, zwanej recenzją(dzięki – TS). Recenzją poniższego tekstu zwać nie chcę i nie mogę, ale i nie chcąc wiary Ojca Twej-Starej złamać, obiecałam umieścić tu to i owo. I oto umieszczam- słów kilka na temat listopadowego koncertu najbardziej umuzykalnionego spośród Hermafrodyt, Marylin Mansona, w stołecznym mieście Warszawa.

„Te czasy zesłano by poddać nas próbie” śpiewał onegdaj pan z Metalliki,
i miał rację , bo żadnej wielbicielce starego, dobrego, śmierdzącego skórą metalu, nie dane byłoby mieszkać pod jednym dachem z czternastoletnią maniaczką Mansona i kolorowych soczewek, zupełnie bez powodu. Szczęśliwcom wychowanym na Wąglikach, Testamentach, Metallikach czy innych Żelaznych Dziewicach, Manson, pospołu z jego wystającymi z androginicznego zada piórami, mimiką pijanej Marleny Dietrich
skrzyżowanej z krzywo umalowaną Cher, zdaje się być chodzącą kpiną z
rock and rolla. A jednak, gdy jednego z takich maniaków (maniaczek!) pan Stwórca uszczęśliwia młodszą siostrą, fanką Mansona, sprawy zaczynają się komplikować. Bierz pan pod pachę swą płytotekę, i z pedagogiczną cierpliwością prezentuj dziecięciu klasyczne dzieła rocka i heavy metalu sprzed dekad, w nadziei , że porzuci szklanookiego błazna na rzecz Judas Priest. Najlepiej jednak, poddaj się od razu, bądź po chrześcijańsku wspaniałomyślny, i zamiast łudzić się, że 14-letnia wielbicielka mansonmasakry, z marszu pozna się na geniuszu metalowych skamielin, zgódź się , ba, zaproponuj, wspólny wyjazd na owy koncert, zrób dziecku dobrze, a same diabelstwo obejrzyj na własne oczy. By po powrocie pluć nań ze zdwojoną energią. Bo Mansona nie lubiłam nigdy.
Bywając niekiedy elokwentnym i błyskotliwym, od ponad dekady zjada swój
lateksowy ogon, nie wiedząc czy być antychrystem czy alfonsem, kobietą
czy mężczyzną, błaznem czy głosem pokolenia. I choć w dwoistości tej mogłaby tkwić siła, przyćmiły ją niekończące się przebieranki, cyrk i
makabreska, w której muzyka zawsze przegrywała z opakowaniem, a
początkowe nowatorstwo ustąpiło miejsca jarmarcznej przewidywalności.
Mając lat 1, sikałam w majty na widok czerwonowłosookiego stworzenia o
nieokreślonych genitaliach i auschwitzowskiej figurze, łypiącego z okładki „Mechanical animals”. Ponad dekadę później, groźny wytrzeszcz Briana W. i jego noszone na spółkę z Lady Gagą kreacje, zbywam głośnym ziewnięciem, poprzedzonym wszelako pytaniem , czy owych jego wielkich przebojów ,nie słyszałam juz gdzieś w nieco lepszej wersji? ( Sweet dreams? Personal Jesus? Tainted Love?). Za tę właśnie argumentację, nienawidzi mnie moja siostra. A raczej nienawidziła, bo jednak, zaproponowawszy jej wyjazd na koncert, przebacz mi Panie, plasuję się w jej osobistym rankingu, wyżej niż kiedykolwiek.

„Wszystko się liczy, w wielkich ilościach”– to z kolei usłyszeliśmy z ust pana z Depeche Mode. Dobrze obrazują te słowa klaustrofobiczny ścisk w Stodole. O dziwo- nie zaludnionej zbyt licznie wielbicielami mansonowej mody. Już nawet statecznych ojców rodzin przybyło więcej, niźli młodzianów i panienek ucharakteryzowanych na ofiary przemocy domowej, co zagwarantowało mi względny komfort psychiczny. A już niemal macierzyńską tkliwość poczułam na widok zastępu wyjących w ekstazie gimnazjalistów, których, już po rozpoczęciu widowiska, gotowa byłam zasłaniać własną piersią, i ofiarnie zdrapywać z podłogi, byleby dziecinki nie zostały stratowane przez rozbawiony tłum.Mistrz ceremonii dał popis nienagannych manier, pojawiając się na scenie
punktualnie, i miotając czerwone lasery- jedyne co przynajmniej na początku można było zobaczyć we „mgle” jaką uraczyli publiczność techniczni, sądząc zapewne, że atmosfera wędzarni zwiększy, i tak spore napięcie. Otwierający „Cruci-fixtion in space” okazał się około pięciominutową próbą skakania i wyciągania karku celem dostrzeżenia Briana W. , który szczęśliwie, nie okazał się ani tak swojsko spasiony ,ani tak szkaradny , jakim niektórzy życzyliby go sobie widzieć. Przy swoich dwóch metrach wzrostu na solidnym obcasie, okazał się dobrze widoczny, nawet dla krasnali ogrodowych, których reprezentuję, a i śpiewanie szło mu przyzwoicie. Prawdziwą szkolą przetrwania okazały się tańce i hulanki, jakie zatrzęsły Stodołą przy kolejnych utworach-
„Disposable Teens” i „Pretty as a Swastika”. Stojące pod sceną lizusy, jak na komendę podniosły w górę kartki z wymalowanymi nań dolaroswastykami, co, jak chcą wierzyć niektórzy, zrobiło na Mansonie spore wrażenie. Jakkolwiek zareagował na wspomniany rekwizyt, na pewno uradował się wielce na widok zaangażowania publiczności, usłużnie i radośnie śpiewającej wszystkie piosenki, i kotłującej się w szalonym pogo. Owa zresztą koncertowa tradycja, której zwykle się oddaję, tym razem, z racji formy jaką przybrała, zmusiła mnie do przyjęcia postawy emerytalnej, i pchnąwszy mą wniebowziętą siostrę w sam środek młyna, z przykazaniem „A baw się , dziecino!” ,stanęłam grzecznie pod samą niemal ścianą, obserwując zamieszanie. Nie zabrakło slow uznania z ust
szklanookiegio, który nie omieszkał pochwalić publiczności, co zresztą uczynił tamtego wieczora kilkakrotnie, zaklinając się, ze jesteśmy „the best fucking crowd” przed jakim dane mu było występować. Dobra, dobra. „Irresponsible Hate Anthem” wyśpiewał otulony polską flagą, tym razem nie użytą celem wdzięcznego podtarcia tyłka, po czym zachęcił stojących pod sceną, do zaprezentowania środkowego palca wapniakom obserwującym zabawę z balkonu. Podczas „We’re from America”, pojawił się akcent rodem z tęczowej parady, a więc kilka, w domyśle frywolnych, żartów, jakim Manson poczęstował swego przyjaciela z zespołu, syna marnotrawnego, a ponownie przyjętego na łono kapeli, Twiggy’ego. Tak się przy tym Brian podekscytował, że koniecznym było skorzystanie z maski tlenowej. Nieco bardziej widowiskowym okazało sie wykonanie „The Dope Show”, którym pan artysta przypomniał, że nie tak dawno temu, swoje występy upodabniał do rewii, wożąc z sobą niezliczone ilości kostiumów, rekwizytów, a nawet siostry syjamskie. Tym razem na scenie
reflektory, szminka , kapelusz, i rozkosznie dwuznaczne aluzje do wciągania krechy. Odnotowawszy u siebie stanowczo zbyt wysoki poziom flegmy, postanowiłam ten jeden jedyny raz znacznie się poderwać, przy „Rock is dead”, być może ze względu na związane z ową pieśnią wspomnienia, wspomnienia czasów, gdy pojawienie się Mansona na MTV, wymuszało zmianę kanału, i wypicie ziółek na uspokojenie. Następnie, niewybaczalne bluźnierstwo, w postaci coveru „Sweet dreams”, w trakcie trwania którego, nie mogłam powstrzymać się przed lustrowaniem niewinnych twarzyczek stojących nieopodal piętnastolatków, i jednoczesnym zastanawianiu się, czy aby wiedzą, że nie Mansonowi przypisywać należy stworzenie tej cudnej pioseneczki. Niechaj wybaczą mi tę uwagę, wszelcy światli gimnazjaliści, ale do niedawna i moją , wielce światłą siostrę, trzeba było uświadomić, że był , a nawet żyje jeszcze, ktoś taki, kto zwie się Annie Lennox.Była to moja bodaj ostatnia refleksja na owym zlocie bezbożników, czas bowiem naglił, pociąg odjeżdżał o 23 z minutami, i na rozpoczynające się właśnie „If I was your Vampire” zwyczajnie zabrakło czasu. Wyśmienicie odnajdując sie w roli opiekunki mojej siostry, i wyprowadzając ją z sali szlochającą i wierzgającą nogami ( no dobra,
koloryzuję) , nie doczekałam także drugiego bisu , a wiec „The beautiful
people”. Ale! Przy całej swej awersji do Mansona, koncert uznałam za udany, zaskoczona tyleż estradowym obyciem szklanookiego, co entuzjazmem
publiczności. Dziecię się wybawiło, ja zaś mogę z czystym sumieniem
powoływać się na wnioski wyciągnięte po 1,5 godziny uczestnictwa w satano-hecy. Nieco porządnego hałasu, nieco porządnej wokalizy, a wszystko to bez gwiazdorskich fochów i chamstwa ( vide: Axl Róża i jego koncertowe odzywki). Manson jednak, i tak pozostaje dla mnie postacią, która w pierwszej kolejności jest ciekawostką, prześmiewcą w barwnych fatałaszkach, a dopiero później muzykiem. Jeśli za lat 20, jego utwory trafią do kanonu, i słuchać ich będą, dziś jeszcze nienarodzeni- tak jak święcących triumfy na przełomie lat 70 i 80 Judasów, słucham dziś ja- zwrócę honor. Na razie jednak zwracam co innego, od czasu do czasu natykając się na jakiś mansonowy teledysk sprzed lat. Może niech chłop zostanie Świadkiem Jehowy, lub oplótłszy się czerwonym sznurkiem, głosi nauki Kabały? Chyba tylko podobny zwrot byłby w stanie nas zaskoczyć. O ile chce mu się jeszcze zaskakiwać czymkolwiek.

Jagoda Ratajczak 

2 myśli na temat “Marilyn Manson – Warszawa, Stodoła – 17.11.2009

Dodaj własny

  1. Dzięki Szymonie- jak się okazalo, przeszlam przez sito cenzury:P choć tekścior nam się nieco poprzesuwal, i literowek pare się wkradlo:P No musialam się do czegoś doczepić, no;)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

HEAVY METAL OVERLOAD

... and classic rock too!

Twoja Stara Gra Metal

Metal i Piekło

Discover

A daily selection of the best content published on WordPress, collected for you by humans who love to read.

Longreads

The best longform stories on the web

The Daily Post

The Art and Craft of Blogging

The WordPress.com Blog

The latest news on WordPress.com and the WordPress community.

%d blogerów lubi to: