Krótka piłka 2020 odc. 2

Piłka meczowa
Midnight: Rebirth by Blasphemy

“Fucking Speed and Darkness”- tytuł otwierającej piosenki idealnie oddaje zawartość całego krążka. Doprawiony blackiem prostacki thrash gna tutaj na złamanie karku, przy okazji porywając kolejnych słuchaczy do szalonego headbangingu. Ze skruchą muszę przyznać, że z początku nie poznałem się muzyce stworzonej i nagranej przez Athenara. Wydawała mi się zbyt podobna do Wildfire Destroyera666 i innych płyt hołdujących Venom i Motorhead. Ale pod płaszczykiem brudnej produkcji i szaleńczych temp kryją się tu wyśmienite piosenki, które jedna po drugiej wkręcają się słuchaczowi w mózg i nie chcą z niego wyjść. Ciągle nie chce mi się wierzyć, że to nagrał jeden kolo, a nie najebana tanimi browarami ekipa. Wspaniała płyta!

Fliege: The Invisible Seam

Powodujący zawrót głowy konglomerat gatunków, którego rdzeniem jest black metal. Dużo też elektroniki i industrialnych brzmień, a wokale robią wszystko od wrzasków, przez normalny śpiew, aż po bardzo podniosłe, quasi-operowe partie. Gdyby to jakoś sensowniej poukładać, myślę, że powstałaby ciekawa i miła w odbiorze muzyka. A tak mamy ciężkostrawny gulasz dźwięków.

Haunt: Mind Freeze

Kolejny amerykański zespół zakochany w New Wave of British Heavy Metal. Mamy więc dużo galopujących gitar, wysokie zaśpiewy i chwytliwe piosenki. Zespołowi wychodzi takie granie całkiem sprawnie i nie przesadzają z zawartością sera w muzyce, ale brakuje mi tu trochę takiej młodzieńczej energii i buty, które sprawiają, że muzyka chwyta za gardło i nie odpuszcza. Ale fanom takiego grania powinno się spodobać.

Heaven Shall Burn: Of Truth and Sacrifice

Ostatnie 3 krążki Niemców były przyzwoite- ich tradycyjny euro-metalcore ożeniony z nowoczesnym melodeathem przestał porywać, ale zawsze można było znaleźć 2-3 hity. Niestety nie da się tego powiedzieć o tym, trwającym prawie 100 minut, dwupłytowym kolosie. Mimo iż muzycy skorzystali tu z wypracowanych przez lata formuł, żaden utwór nie pozostaje ze słuchaczem. Pierwsza część, zawierająca typowy dla nich materiał, jest okrutnie wręcz męcząca. Druga, gdzie odważniej korzystają z elektroniki, wchodzi znacznie łatwiej, ale też nie porywa. Ogólnie więc, kolejna nieudana próba nagrania podwójnego albumu metalowego.

Julia Marcell: Skull Echo

Nagrodę niespodzianki miesiąca zgarnia pani Julia, za szaloną woltę stylistyczną. Podczas gdy na Proxy grała współczesny, przyjazny dla radio pop, to tutaj wjeżdża na pełnej mroczna elektronika. Brzmienie jest dość dopieszczone, więc nie można mówić o industrialu, ale bardzo sprawnie buduje uczucie niepokoju i trochę kojarzy mi się z twórczością Zamilskiej. Niestety całość kuleje pod względem kompozycyjnym. Chociaż trwa trzy kwadranse to dość szybko czuję się nią zmęczony, a naprawdę fajne numery można policzyć na palcach jednej ręki. Mam nadzieję, że następnym razem pannie Marcell uda się połączyć klimat Czaszko-echa z przebojowością z której słynęła dotychczas.

Lotus Thief: Oresteia

Awangardowy metal, gdzie ambientowe plamy mieszają się z blackowymi wyziewami, a nad wszystkim góruje lekko operowy głos wokalistki. Sam ten opis wystarczyłby, żebym obchodził Oresteię jak najszerszym łukiem. W tajemniczy sposób wkradła się jednak na moją playlistę na Spotify i jak już zaczęło lecieć, to ze zdziwieniem odkryłem, że naprawdę mi się podoba. Szczególnie spokojniejsze fragmenty wypadają dobrze, bo ten blaczek tutaj jest dość kiczowaty. Muszę jednak jeszcze przesłuchać całość kilka razy, żeby do końca wyrobić sobie zdanie. Póki co jestem na tak.

Mark Morton: Ether

Och, Marku, ja Cię tak wielbiłem, a Ty mnie strasznie zawodzisz. Twój debiut miał jeszcze fajne momenty,  ale ta nowa epka jest strasznie słaba pod każdym względem. Zacznijmy od brzmienia. Zarówno produkcja i aranże to taki patetyczny akustyczny rock z mainstreamowych rozgłośni radiowych. Liczyłem na choćby trochę brudu i takiego bluesowego prymitywizmu, a tu wszystko wypolerowane na połysk, aż się niedobrze robi. Równie złe wrażenie robią wokaliści, którzy mają styl pt. “rockowy śpiewak z Mam Talent”. Czyli za dużo wzniosłych emocji i jeszcze więcej grunge’owego zaciągania. A propos grunge’u i wokali, to obecny tu cover “Black” jest absolutną porażką. Jeszcze jakoś broni się “Love My Enemy” zaśpiewane przez Howarda Jonesa, ale potem wjeżdża ta nieszczęsna przeróbka Pearl Jamu i dobry nastrój chuj strzela. Moja rada jest taka: wypierdol drogi sprzęt, nagraj prostego bluesa w szopie, a wokale podłóż sam. Na pewnie nie będzie gorzej niż na tym parującym klocku.

Sepultura: Quadra

Przesłuchałem tę płytę niemal 10 razy i pamiętam tylko, że gitary robią tu solidną robotę. Nic poza tym. Klikam po raz kolejny play i teoretycznie wszystko się zgadza: zróżnicowane kompozycje, wyszczekiwane wokale Greena, czy gra zespołu. Mogę się przyczepić do trochę zamulonego brzmienia, ale to tyle. Ale wchodzi kolejny numer, a ja już nie pamiętam o poprzednim. I jest to już kolejny taki album Brazylijczyków. Co oznacza, że pomimo mojej sympatii dla Andreasa Kissera i spółki, czas odpuścić sobie śledzenie ich twórczości, bo nic ciekawego z niej nie wynika.

Svart Crown: Wolves Among the Ashes

Trzy lata po premierze Abreaction kwartet z Nicei powraca z piątym krążkiem w swojej karierze. I pomimo wymiany 75% składu, znów serwują słuchaczowi ciężki black metal z potężnym i selektywnym brzmieniem. Mnie taki sound nie do końca pasuje w przypadku tego konkretnego stylu, ale Francuzi robią to na tyle zgrabnie, że ich muzyka przywodzi na myśli grube mury twierdzy orków, aniżeli produkcję dzieci bogatych rodziców. Co do kompozycji, to każda z nich jest rzetelnie zagrana i napisana, ale trochę zbyt mało różnią się od siebie, by można zdecydowanie powiedzieć, że to udana płyta. Wyjątkiem jest świetne “Blessed be the Fools”, gniotące odbiorców swymi monumentalnymi riffami. Ogólnie więc trochę ponad przeciętną, z wyłączeniem wspomnianego hiciora.

Sylosis: Cycle of Suffering

Muzyczna wydmuszka- na zewnątrz świetne, soczyste brzmienie i spore umiejętności instrumentalistów, a w środku pusto- żadnych emocji ani wpadających w ucho momentów. Po prostu kolejne kaskady riffów i krzyków, które nie układają się w dobre kompozycje. Wyjątkiem jest solidny “I Sever”- jedyny numer tutaj z jakąś dramaturgią i napięciem, ale reszta zwyczajnie nudzi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Przystanek 59

Sztokholm 59°19′N 18°03′E. Bo wszystkie historie są podobne. Nawet jeśli mają różne współrzędne geograficzne.

IRKALLA

Blog o muzyce metalowej.

FISIA.PL

o psach, dla psów, przez psa

DRAGONFLY EFFECT

wild art nature forest birds swamp dark mood black flowers music sensory slow life macro ważki las drzewa ptaki i robaki

Marta Marecka pisze

Dosadnie o życiu i pisaniu

Najjaśniejsza Rzeczpospolita Polska

„Nie bójmy się pracy i służby dla Polski, brońmy naszą Ojczyznę”. Tak trzeba!

Atropa Belladonna Von Coup

reader , writer , poet , person .

HEAVY METAL OVERLOAD

... and classic rock too!

Twoja Stara Gra Metal

Metal i Piekło

Discover

A daily selection of the best content published on WordPress, collected for you by humans who love to read.

Longreads

The best longform stories on the web

The Daily Post

The Art and Craft of Blogging

The WordPress.com Blog

The latest news on WordPress.com and the WordPress community.

%d blogerów lubi to: