Płyty
W tym roku słuchałem głównie staroci, więc odpuszczę sobie ranking, a tylko pokrótce napiszę o najciekawszych rzeczach.
Zaskoczył mnie pozytywnie swym chamstwem Conan, którego w przeszłości słuchałem niewiele. No i oczywiście Duszek był odtwarzany. Nierówna płyta, ale “Satanized” i “Lachryma” to hity na poziomie ich najlepszych dokonań. Fajnie, że wrócili Obscure Sphinx i Coroner. Nowy Testament też daje radę. Nie wiem, czy nie najlepsza ich rzecz od The Gathering, na pewno od Dark Roots of the Earth. Ładny death metal nagrali Act of Impalement, a blaczków najczęściej leciała Darvaza. Doskonałe tłamszonko zaserwowali Sanguisugabogg. Whitechapel też spoko.
Jeśli chodzi o zawody, to Wij i Deftones. Tuja umie growlować, ale ich płyty puszczam sobie dla wyjątkowych tekstów i potężnych refrenów, których tutaj zabrakło. Do najnowszego krążka ekipy z Sacramento podchodziłem wiele razy i to jest tak wymęczona płyta, że aż strach. Na zasadzie: “ej, weźmy wszystkie nasze najbardziej zgrane patenty, ułóżmy je jak zwykle, ktoś się nabierze”. I sądząc po liczbie nagród, jakie ten album zebrał, fortel ten powiódł się. Ale cytując jakiegoś rapera: “chuja ręką oszukasz, ale mnie nie nabierzesz”. A może to jest świetna płyta, a mnie boli dupa, bo nie dostałem biletu na koncert w Łodzi? Kto wie?
Koncerty
Tutaj za to doświadczyłem wiele dobrego! Jak zawsze najważniejszym punktem mojego roku były odwiedziny w stoczni gdańskiej na
Mystic

Gdzie zaszły spore zmiany. Przede wszystkim Desert stage została przeniesiona i urosła, a do dodatkowych atrakcji dodano pokazy wrestlingu. Wiadomo, sprawy mocno poboczne, ale fajne. Co koncertów, to Warm Up Day wygrał Jerry Cantrell w wersji solo, który powinien pomyśleć o wymianie Williama Duvalla na Grega Puciato. Były (?) wokalista Dillinger Escape Plan wypadł tak dobrze, że przy hitach Alicji miałem łzy w oczach. W kolejnych dniach zniszczył mnie narko-sludge z Luizjany, czyli Eyehategod. Zdziwiło mnie, jak dobrze bawiłem się przy Eagles of Death Metal, a jak miernie przy Turbonegro. Super wypadł W.A.S.P., na którym z moją lubą zdarliśmy sobie gardła. Co było złego? Przede wszystkim pogoda, ale też Cradle of Filth i Tiamat.

Opener
Festiwal był post-metą naszej podróży rowerowej, wiodącej od Słupska po Hel. Wpadliśmy na jeden dzień, zobaczyć na żywo Nine Inch Nails. I Chryste Panie, jakże Trent dostarczył. Idealna setlista, zespół w formie, rewelacyjna prezentacja na ekranach (po scenie biegał kamerzysta i na żywo kręcił występ) i niezłe brzmienie. Niezłe, bo przez większą część czasu schowana była gitara Robina Finka. A jak posłuchacie płyt, to właśnie gitara robi syf w tej muzyce. Wielka szkoda, ale i tak bawiłem się doskonale.

Parę godzin wcześniej obejrzeliśmy Lolę Young, której teksty i stylówę określiłbym jako “Adele dla bezdomnych nastolatków”. I była w tym wspaniała. Zero pretensji i gwiazdorzenia, tylko super piosenki i występ. Pewnie to była ostatnia okazja zobaczyć ją przy świetle dziennym, bo nowa płyta jest kapitalna.
Silesian Noise Festival
Początkowo miał z tego być zwykły koncert Mastodona i Ministry, ale organizator dodawał kolejne zespoły, aż wyszedł cały fest. I jak już się rozkręcił, było super. Przynajmniej od pewnego momentu.

Owls Woods Graves są mi obojętni i chyba tacy pozostaną. Between the Buried and Me jako pierwszą piosenkę zagrali połączenie nowoczesnego progu z muzyką cyrkową, więc wiem, że nigdy się nie polubimy. Ale zaraz po nich na scenę weszła Kylesa. I słodki Jezu w morelach! O takie powroty nic nie robiłem. Zespół wyszedł na scenę głodny grania i rozjechał publiczność jak walec. Pomogło w tym świetne, brutalne brzmienie- gitary brzmiały jak pocierane o siebie betonowe płyty. Do tego Laura Pleasants w dobrej formie i dajcie mi jakiś gig klubowy w Krakowie, błagam! Wielce zaskoczyło mnie Ministry. Płyty nie za wiele mi robią, koncert na Brutal Assault sprzed paru lat wynudził, a tu BAM! Dziadek Al przyszedł i porozstawiał wszystkich po kątach, w czym wspierał go świetny, pełen energii zespół. I już chuj z tym, czy Jourgensen zaśpiewał cokolwiek na żywo. Świetny show. Temperatura trochę opadła przy Obituary, którzy grają zawsze tak samo- dobrze, ale tak samo. Na szczęście zakończenie wieczoru wyszło wyśmienicie. Mastodon po raz pierwszy w składzie z Nickiem Johnstonem zagrał z ogniem, zarówno swoje numery, jak i “Supernaut” Sabbathów. Styl nowego gitarzysty niewiele mi robi- taki typowy shredder z taśmy. Nie ma w ogóle porównania z osobowością i nutami wygrywanymi przez Brenta Hindsa. Ale fajnie, że zespół gra dalej, bo poza solówkami, ich koncerty to jest ciągle top.
Blood Incantation w Warszawie
Pomimo masy problemów technicznych i przerw, zespół odegrał w całości swoją ostatnią, niemożliwie dobrą płytę. Muzycy w formie, brzmienie nie, ale i tak bardzo mi się podobało.
I to tyle. Oby 2026 był dla Was udany, a świat się nie skończył.

Dodaj komentarz