
Piłka meczowa:
Egregore: It Echoes in the Wild
Chaos na granicy przekombinowania. Z jednej strony przytłacza ilością riffów, zmian tempa itd., ale jest w tym magia, która porywa i zmusza do kolejnych powrotów. Na razie oceniam jako dobre, ale możliwe, że pod koniec roku będę już fanatykiem tej płyty, bo z każdym odtworzeniem podoba mi się odrobinę bardziej.
.bhp: SNAP
To może zabrzmieć paternalistycznie, ale nu metal w wykonaniu warszawiaków jest uroczy. Uroczy w swojej naiwności i prostocie, a przez to ujmujący. Kiedy w utworze “Meksyk” wokalista krzyczy, że mamy mu zejść z drogi, bo “możesz nie przeżyć”, to kojarzy mi się z memami z małymi kotkami udającymi lwy. Jest więc pewien zgrzyt, dysonans, pomiędzy tym jak zespół się przedstawia, a jak wypada w oczach i uszach odbiorców. Nie mogę jednak skreślić tej płyty z prostego powodu- ma naprawdę solidne numery. Ciężki “ROADBLOCK” czy obdarzony kapitalnym refrenem “SIGNAL” to wyjątkowe rzeczy. Reszta to taka nu metalowa średniawka, ale nie jest źle. Tak więc zalecałbym mniej napinki i grożenia skopaniem dupy, a więcej piosenek, które kopią dupę.
Ellende: Zerfall
Przyjemny melodyjny black metal z Austrii. Podoba mi się melancholijny klimat i język niemiecki w partiach wokalnych. Szkoda, że koło połowy zaczyna się robić nudno. Zespół próbuje coś kombinować z różnymi stylami, dodaje skrzypce i brzmienia akustyczne, ale wszystko na darmo. Jako muzyka tła na wieczór w sam raz, jednak to tyle.
Exodus: Goliath
Chyba trafiliśmy do punktu, w którym Gary Holt wystrzelał się z ostatnich pomysłów. Riffy do dupy, kompozycje nudne, a świetny skądinąd Rob Dukes zdaje się śpiewać zupełnie obok muzyki. A kiedy zdaje się, że jest chujowo, ale stabilnie, wskakuje numer “The Changing Me” z udziałem Petera Tagtgrena, na który prawie brakuje mi słów. I to nie jest najgorsza rzecz tutaj, bo mamy jeszcze numer tytułowy z niejaką Katie Jacoby. I to jest jakiś inny, kosmiczny poziom gówna. Koszmarna płyta, która męczy jak cały dzień spotkań firmowych.
Gorrch: Stillamentum
Rzetelnie zrobione dysonansowe blaczki. Trochę straszne, trochę ciekawe. Nie urywają dupy, ale słucha się całkiem przyjemnie.
Hällas: Panorama
Z jednej strony daje starym swetrem i bezczelną zżyną z Yes i innych klasyków progu. Z drugiej, fajne mają te długaśne piosenki z refrenami w stylu stadionowego rocka lat 70tych i 80tych. Ogólnie spoko.
INVICTUS: Nocturnal Visions
Przyzwoity bujający death metal z Japonii. Nie ma w tej muzyce nic ciekawego, nawet mackowaty potwór z okładki straszył nas już wielokrotnie.
Mayhem: Liturgy of Death
Brzmi jak marna kopia muzyki jaką Norwegowie nagrywali z Blasphemerem. Czyli black metal bardziej awangardowy. Dlaczego marna kopia? Bo brakuje mi tej iskry piekielnej, tego czegoś, co każe wracać do danej płyty i odkrywać ją (albo cieszyć się po prostu) wielokrotnie. Tutaj niby coś kombinują, ale w ogóle mnie to nie rusza. Nie czuję, żeby ten mrok, który przyzywają stanowił jakieś zagrożenie.
Predatory Void: Atoned in Metamorphosis
Po świetnym Seven Keys to the Discomfort of Being Belgowie wracają z czternastominutową epką, na której poza firmowym sludge’em słychać wyraźne wpływy Converge. Bardzo mi to dobrze robi i liczę na pełną płytę, a przede wszystkim koncert w Polsce.
Ruins of Beverast, The: Tempelschlaf
Mój pierwszy kontakt z tym projektem i jestem oczarowany. Muzyka na Śnie świątynnym przywołuje w mojej głowie obraz jakiejś gigantycznej, gładkiej bryły w mrocznych barwach, coś w stylu pojazdu obcych w filmie Arrival. Muzycznie opisałbym to jako mieszankę współczesnego wcielenia Paradise Lost (melancholia i nienachalny patos) i Triptykon (monumentalność i gęstość). Trochę czuję się przytłoczony, ale kurwa, świetna rzecz. Koniecznie będę musiał sprawdzić wcześniejsze płyty.

Dodaj komentarz