
Piłka meczowa:
Theophonos: Ashes in the Huron River
Ta szpetna okładka skrywa jednego z moich kandydatów na album roku. Theophonos to jednoosobowy projekt Jimmy’ego Hamzeya z Detroit. Po przesłuchaniu tegorocznego wydawnictwa myślałem, że typ jest dobry, ale przesłuchanie debiutu sprzed zaledwie roku, rozjebało mi głowę. To że gość stworzył tak szybko tak gęste i złożone i różne płyty, jest niesamowite. Na Nightmare Visions nagrał hołd dla Deathspell Omega- czyli black metal pokręcony, oparty na dysonansach. Tegoroczny zaś krążek to zupełnie inna bajka. BM ciągle jest tam słyszalny, ale jedynie jako element większej kompozycji, w której dominują łamańce spod znaku The Dillinger Escape Plan. Co dla mnie najważniejsze, nie są to wygibasy dla wygibasów, ale nośniki świetnej muzyki, ułożonej w trudne do przełknięcia, ale zajebiste kompozycje. Rewelacja.
Adrianne Lenker: Bright Future
Typiara śpiewa proste, smutne piosenki z towarzyszeniem gitary. Ani muzyka, ani teksty nie są wyjątkowe, ale z jakiegoś powodu płyta zbiera wysokie oceny.
Brodequin: Harbinger of Woe
Brutalny death metal o średniowieczu. Brzmi jak każdy inny brutalny death metal, czyli monotonnie.
Contaminated: Celebratory Beheading
Jak na brutalny death metal, to jest naprawdę spoko. Wiadomo, sieka, ale Australijczycy całkiem sprawnie operują dynamiką, wrzucając gdzieniegdzie zwolnienia i wyciszenia. Również pod względem produkcji muzyka zespołu zaliczyła ewidentny progres w stosunku do prymitywnego debiutu. Raczej nie będę wracał do tej płyty, ale w swojej niszy jest to spoko rzecz.
Hurray for the Riff Raff: The Past Is Still Alive
Jednoosobowy projekt country/folkowy z USA. Całkiem ciekawe teksty o tematyce osobisto-społecznej, ale muzycznie to jest totalnie przezroczyste. Szkoda czasu.
Rites of Regress: Dust
Polskie sludge’e. Bardzo ładne, syfiaste brzmienie i ciężar, ale piosenki w ogóle nie zapadają w pamięć. Przydałyby się jakieś haczyki czy melodie tu i tam i byłoby legancko.
Toadliquor: Back in the Hole
Po 21 latach przerwy (nie licząc kilku splitów i kompilacji) amerykańscy sludge metalowcy wracają z drugą płytą. Prawie asłuchalny gruz debiutu został wzbogacony o bardziej melodyjne elementy, kojarzące się m.in. z klasycznym doomem, dzięki czemu płyta jest mniej opresyjna i łatwiej wchodzi, ale i tak spuszcza konkretny wpierdol. Bardzo dobra rzecz. A zamykający całość numer tytułowy swym smutkiem łamie serca.
Traveler: Prequel to Madness
Na swojej trzeciej płycie ten północno-amerykański kwintet gra to samo co na dwóch poprzednich: proste i przebojowe piosenki w stylu heavy metal. Tym razem troszkę przybrudzili brzmienie i popracowali więcej nad kompozycjami, dzięki czemu cały album nie nudzi się tak szybko. Ogólnie spoko.
Unaussprechlichen Kulten: Haxan Sabaoth
Wbrew temu co sugeruje nazwa, nie mamy tu do czynienia z ekipą z Rzeszy, a weteranami Chilijskiej sceny death metalowej. Sam Niewypowiedziany kult, a także teksty zespołu, stanowią nawiązanie do prozy HP Lovecrafta, bardzo popularnej wśród metalowców. Sama muzyka też nie jest odkrywcza. Takie napierdalanie z piekła. Klimat całkiem ok, wykonanie rzetelne, ale zupełnie nic mi to nie robi.

Dodaj komentarz