Tego wieczoru w krakowskim Garage Pubie świętowano podwójne urodziny: szefa portalu Metal Musick Attack i samego właściciela lokalu. Osobiście nie znam żadnego z jubilatów, ale z racji relacji koleżeńskich (mniej lub bardziej bezpośrednich) z niektórymi występującymi muzykami, postanowiłem wbić na imprezę i dla odmiany posłuchać prawdziwego undergroundu.
Sighs of Death

Młodzi ludzie grający nowoczesny death metal. Wystąpiła tu zasada podwójnego braku przyczepności- z jednej strony nie ma do czego się przyczepić, z drugiej muzyka nie przyczepiła się do mojego mózgu. Bo technicznie i brzmieniowo wszystko git, ale żaden numer nie był dla mnie interesujący. Ot taka Gojira light, ale bez hitów. Chętnie sprawdzę za jakiś czas, czy skilli instrumentalnych nie dogonią kompozycyjne.
Imperial Sin

Ich zeszłoroczna płyta, Reality Denied, dała mi dużo radości. Tego wieczora na scenie również pokazali się z dobrej strony. Dużo energii, fajne numery i przede wszystkim imponujące umiejętności gitarzysty. Kurwać, przesłuchując płytę byłem przekonany, że wiosłowych jest dwóch, a tu zdziwka! Karol Lerch jest jedynym gitarmanem na pokładzie i ma w łapach takie brzmienie i groove, że wielu mogłoby pozazdrościć. Dochodzi do tego postać Mateusza Sibili za mikrofonem, którego wokale wieloktronie komplementowałem, a który w międzyczasie pracował też nad ruchem scenicznym, bo zaobserwowałem dużą poprawę w tej kwestii. Do Tymka czy Gambita sporo mu brakuje, ale widać progres. W połączeniu z kompetentną sekcją chłopaki dostarczyli metal wysokiej jakości i z ciekawością będę śledził trajektorię ich kariery.
Valkenrag

Nie wiem, czy to widać, ale ja staram się nie być złośliwy, szczególnie w stosunku do polskich zespołów. Ale czasem się nie da. Bo ten zespół to tak bardzo “mamy Amon Amarth w domu”, że tylko brakowało kajaka zamiast kopii drakkara na scenie. Brak oryginalności dałoby się wybaczyć w przypadku fajnych numerów, ale żaden z pierwszych trzech taki nie był, więc wycofałem się z Garage Pubu i tego wieczora nie wróciłem. Co prawda ominął mnie przez to występ gwiazdy wieczoru, Kalt Vindur, ale znając ich twórczość ze Spotify dość łatwo pogodziłem się z tą stratą.

Dodaj komentarz