Sonisphere – Warszawa – Lotnisko Bemowo – 10.06.2011

 

Ten tekst miał się ukazać ponad 2 miesiące temu, ale praca, przeprowadzki, edukacja (Magister, dziwki!) i inne takie pochłonęły mi cały czas. W ramach zadość uczynienia całkiem obszerna relacja z festiwalu SoniSphere. Z góry przepraszam za ewentualne przekłamania jeśli chodzi o setlisty i kto kiedy grał, ale niestety, pamięć już nie ta. Miłej lektury.

Na tegoroczną odsłonę festiwalu SoniSphere jechałem w nienajlepszej formie, po tygodniu zmagań z grypo-podobnym przeziębieniem. W związku z tym, w pociągu do Warszawy, po godzinie stania przy kibelku doszedłem do wniosku, że od moich skromnych oszczędności, ważniejsze jest dobre samopoczucie w czasie koncertów. A co za tym idzie, udałem się do słynnego, drogiego jak cholera Warsu na zbyt drogie „Śniadanie Angielskie”, czyli jajecznicę z paróweczkami. Poza miejscem siedzącym i ciepłym posiłkiem, kolejnym plusem całej sytuacji, był fakt, iż przysiadła się do mnie pani, która w dolinie San Fernando od razu dostałaby angaż w jednej z serii o MILFach. Mniam. Po dotarciu na Dworzec Centralny zostałem przechwycony przez koleżankę, u której zostawiłem rzeczy, a następnie udałem się na lotnisko Bemowo. I wtedy właśnie nadszedł zwiatun jednej z nieprzyjemności, która miała negatywny wpływ na obraz całego wydarzenia a mianowicie, zaczął padać popularny kapuśniaczek, który powracał jeszcze parę razy w ciągu tego dnia. Na sam teren festiwalu dotarłem po godzinie 14, więc zdążyłem sobie obejść całe pole, na którym, w porównaniu z rokiem poprzednim pojawiła się średnia scena, a autobus RedBulla, na którym prezentowały się zupełnie nieznane  kapele, został przesunięty bliżej wejścia. Nie musiałem na szczęście długo czekać, a już zaczynał się koncert legendy rocka, będący też inspiracją dla tuzów metalu…

KILLING JOKE
Twórczość Jaza Colemana i spółki znam bardzo wyrywkowo, a konkretnie tylko płytę ostatnią i Hossannas From the Basements of Hell. Lubię obie, ale bez jakiegoś szału. I podobnie było z koncertem- ok, ale do zdziczenia daleko. Na uwagę na pewno zasługiwał wokalista Coleman, ubrany w moro i z biało-czarnym makijażem. Poza śpiewaniem, które mu wychodziło naprawdę dobrze, uraczył też publiczność anty-wojenną przemową, o tym, że jak tylko pozwolimy USA na instalację ichnich baz u nas, od razy staniemy się celem. Pożyjemy zobaczymy. Reszta zespołu nic nie mówiła, tylko skupiała się na graniu i wychodziło im to całkiem nieźle, acz efekt psuł trochę dźwiękowiec, który sprawiał, że wysokie tomy raz pojawiały się, raz uciekały. Co do repertuaru, to Killing Joke, mający sporo materiału do wyboru, zaserwował nam przekrój przez swoją twórczość, ze znanym z Garage Inc. „The Wait”, przyjętym całkiem ciepło, przez nieliczną jeszcze publiczność. Mi zabrakło tytułowego numeru z płyty Absolute Dissent z zeszłego roku.

Po brytyjskich legendach na scenie zaczął rozstawiać się bardzo lubiany przeze mnie Devin Townsend i jego ensemble. Żeby nie być w czasie jego sztuki trzeźwy jak jakiś głupek, przebiegłem jakieś 300 metrów do najbliższego (poza vipowskim, na który jestem za krótki) ogródka piwnego, który bardziej kojarzył się z obozem piwnym, gdyż od reszty lotniska oddzielał je wysoki płot z drutu. Jako, że w zeszłym roku za namową Następnej Blogującej spróbowałem przeżyć misterium o nazwie Wielka Czwórka na trzeźwo, zdziwił mnie bardzo zakaz spożywania złotego trunku poza obrębem obozu, znaczy się ogródka. Przy wejściu stała ekipa ochroniarzy, którzy odsyłali spryciarzy mojego pokroju z powrotem. Moim zdaniem, jest to bardzo głupi patent, nie tylko dlatego, że najnormalniej w świecie, nie pozwala delektować się browarem stojąc pod sceną, słuchając ulubionej muzy. Jest jeszcze aspekt zdrowotny – otóż piwo było lodowate, a biorąc pod uwagę sporą odległość od sceny, trzeba je było opróżnić w ekspresowym tempie, co znacznie ograniczyło przyjemność picia oraz podrażniało moje, i tak będące w nienajlepszej formie, gardło. Nowością jeśli chodzi o dystrybucję piwa, było wprowadzenie w tym roku kuponów, które nie wiem co miały dać/ułatwić.

DEVIN TOWNSEND PROJECT
Jeśli zaglądacie czasem na ten blog, wiecie, że uwielbiam Devina. Jeśli znacie polskich fanów Iron Maiden, czyli jednak konserwatywnych metalowców, wiecie, że byłem w mniejszości, w związku z czym łysy Kanadyjczyk nie spotkał się z nadzwyczajnym przyjęciem. Nawet pomimo swoich pociesznych tańców, którymi zabawiał publiczność kiedy podczas gdy techniczni zmagali się z usterkami. Swoją drogą, rozwalają mnie komentarze na stronie Last.fm, wyśmiewające Devina, za to, że śmiał się z tłumoków sugerujących mu, żeby „wypierdalał”. Ale cóż, taki urok festiwali, że czasem artyści prezentują zróżnicowaną muzykę, a taki urok publiczności, że nie poczeka na występ ulubieńców, tylko robi wioskę, bo tak śmieszniej. Skupmy się jednak na muzyce. Townsend zaczął od mojego ukochanego „Supercrush”, by potem dowalić z „Kingdom”. Dźwięk był bardzo średni i takaż reakcja ludzi. Następnie poleciał dość epicki „Juular” z nowej Deconstruction, a na koniec starsze „Truth” i „By Your Command”. Cały występ należał do przeciętnych. Praktycznie wszystko pozostawiało choć trochę do życzenia- krótka setlista, nagłośnienie, pogoda itd. Może następnym razem będzie lepiej.

VOLBEAT
Po krótkiej przerwie miałem okazję poznać muzykę Duńczyków z Volbeat. Kolejny raz było za cicho, ale i tak serwowana przez nich mieszanka punk rocka, rock ‚n’ rolla i metalu całkiem miło bujała. Bez szału, ale ok.

MASTODON
Na ten występ czekałem od bardzo dawna, tym większe było moje rozczarowanie. Koncert ekipy z Atlanty został totalnie położony przez dźwiękowców – zespół brzmiał cicho i niewyraźnie. Parę osób, łacznie ze mną próbowało skakać, tańczyć i śpiewać ale to nie to samo, jeśli z głosników wydobywa się dość ciche dudnienie, tak więc dałem sobie spokój. Masakra. Podobno pod sceną było dobrze słuchać. Może to i prawda, ale jakbym zapłaci
ł 4 stówy za bilety to też bym tak opowiadał. Tak czy owak, wstyd i hańba. Mam nadzieję, że Amerykanie jeszcze do nas wrócą zagrać w jakimś klubie i obędzie się bez takiego syfu. Po tej porażce udałem się obadać całkiem lubiany przeze mnie nasz polski zespół Corruption na średniej scenie, ale grali jakoś zupełnie bez życia, więc wróciłem do tłumu czekającego już na…

MOTORHEAD
Przyznam się bez bicia, że popularność tego zespołu jest dla mnie nie do końca zrozumiałym fenomenem. Te dziady grają przecież w kółko jedną piosenkę! No, ale skoro już byłem na festiwalu gdzie oni grają, postanowiłem obadać – a nuż kupią mnie w wersji na żywo. Zaczęło się od „Iron Fist” i kultowego tekstu „We are Motorhead and we play rock ‚n’ roll”. A potem… ta sama piosenka. Owszem, zagrana z ogniem i pasją, której trudno się spodziewać po osobach w wieku Lemmy’ego, ale mnie to nie wzięło.

HUNTER
Po jakichś 4-5 kawałkach doszedłem do wniosku, że Motorhead chyba nigdy nie pokocham i poszedłem po raz drugi pod średnią scenę, gdzie trwał występ szczytnieńskiego Huntera. Co tu dużo mówić, nie przepadam zbytnio za dość kiczowatą twórczością Draka i spółki, a na dodatek ciągle pamiętam im ostatni HunterFest. Jakby nie było, to jednak właśnie oni mieli najlepsze nagłośnienie tego dnia, nie licząc gwiazdy wieczoru. Głośno, potężnie i selektywnie. Pewnie zostałbym do końca, gdyby nie słabe piosenki, a także ciekawe dźwięki dobiegające od strony wejścia, gdzie stał RedBull Tour Bus, a na nim szalał zespół o jakże subtelnej nazwie…

MASTURBATOR
Twórczość tej ekipy chyba najlepiej oddaje określenie „black metalowy kabaret”. Chłopaki grają prostą sieczkę w stylu starego Mayhem i tym podobnych klasyków gatunku, z przaśnymi tekstami (tu mogę być nie sprawiedliwy, bo słyszałem jedynie urywki dotyczące ruchania kogoś przez szatana, a także, o dziwo, masturbacji). Poszczególne numery frontman przerywał pogadankami skierowanymi do zadziwiająco licznej publiczności. Jedna z perełek: „Nie w Was szatana! Nie ma w Was diabła! Nawet małego piekiełka!”. Słuchacze, włączając w to mnie, przyjmowała takie słowa z niekrytym entuzjazmem. Na plus należy policzyć Masturbatorowi również niezłe, klasyczno-blackowe nagłośnienie. Pomimo tego, na dłuższą metę twórczość chłopaków w corpse paincie nie była zbyt porywająca, więc skierowałem się w stronę głównej sceny, po drodze zaliczając trójbój wstrętna zapiekanka – piwo – toi toi.

IRON MAIDEN
Powiem szczerze, jakimś mega-fanem Ironów nie jestem. Trochę za dużo jak dla mnie w ich muzyce rycerskiego patosu, no i spora część ich dyskografii jest bardzo przeciętna. Z drugiej jednak strony 4 ich płyty lubię bardzo i słów o ich wybitności nie uznaję za przesadzone. Biorąc to pod uwagę, jechałem na tegoroczny SoniSphere z nastawieniem „no, zobaczymy co dziadki pokażą” (w odróżnieniu do zeszłorocznego: „o kurwa, ale będzie zajebiście!”).
   Zaczęło się od intra, w postaci klasycznego „Doctor, doctor” z repertuaru zespołu Michaela Schenkera, UFO. Zaraz potem, poleciało… drugie intro z taśmy, tym razem wstęp do tytułowego kawałka z ostatniej płyty Anglików pt. The Final Frontier. Nie powiem, dość nudnawa kompozycja wydała mi się niepotrzebnym przeciąganiem sprawy. Nawet przyzwoite wizualizacje wyświetlane na ekranach nie ratowały sytuacji. Na szczęście, wraz z wkroczeniem gwiazdy wieczoru na scenę nuda uciekła gdzie pieprz rośnie i rozpoczęło się heavy metalowe święto. Po „dokończeniu” „The Final Frontier” dorzucili jeszcze na okrasę singlowe „Eldorado” z nowej płyty, by zaraz przyłożyć z „2 Minutes Till Midnight”. Pomimo przyjemnych dźwięków dochodzących ze sceny, na samym początku najbardziej moją uwagę przykuł jej wystrój. Osobiście nigdy czegoś takiego nie widziałem. Ze zespołem na całej długości sceny rozciągała się kosmiczna baza, z wieżyczkami, drzwiami i innymi dynksami, po której popylał Bruce Dickinson. Co więcej, każda z piosenek była ilustrowana wielkim malowidłem zwisającym z sufitu. Dodatkowo, już pod koniec tego spektaklu, znad bazy wyjrzała olbrzymia głowa Eddiego-kosmity, który strzelał z oczu laserami w publiczność. Co tu dużo mówić super sprawa. A jeszcze bardziej super był fakt, że był to jedynie dodatek do samej muzyki. Cały zespół z pasją i prawdziwym ogniem odgrywał kolejne numery, a Bruce szalał jak nastolatek na sterydach – biegał po dachu „bazy”, skakał przez monitory i machał flagą. No i jeszcze śpiewał. Praktycznie bezbłędnie, aż do ostatnich numerów, kiedy to już zmęczenie dawało znać. Koleś jest po prostu niesamowity na żywo i podziwianie go sprawiało wielką przyejmność.
    Co do repertuaru, to jako, że zespół był w trasie promującej ostatnią płytę, najwięcej numerów (5) było z Final Frontier. A poza tym pełen przekrój, od „Iron
Maiden” przez „The Trooper” i „Wicker Man” aż po „Dance of Death”. Jedyne co nie do końca przypadło mi do gustu, to zbyt duża liczba ballad z ostatnich płyt, które to (ballady, nie płyty) są do siebie bardzo podobne. No i to intro mogłoby zdecydowanie być krótsze. Poza tym szał. Zawartość ostatniej płyty jest dobra, a o klasykach nie ma co się rozpisywać. Każdy słyszał i wie. Jeśli chodzi o nagłośnienie, to był to zdecydowanie najlepiej brzmiący koncert – głośno i przejrzyście. Acz były momenty, gdy 3 gitary się trochę „kłóciły ze sobą”.
    Ogólnie, koncert świetny pod każdym względem, i jeśli panowie kiedyś do nas wrócą, będę na pewno.

   Pomimo fantastycznego występu gwiazdy, cały festiwal był niestety co najwyżej średni. Beznadziejne nagłośnienie, ogródki i kupony piwne, a na dodatek brzydka pogoda (wiem, że organizator nie miał z tym nic wspólnego, ale zdecydowanie miało to wpływ na mój odbiór całego wydarzenia) sprawiły, że prawie żałowałem wydatku 200zł. Niby potem weszli Ironi i uratowali imprezę, ale i tak, przy następnej odsłonie festiwalu zastanowię się dwa razy, zanim wydam pieniądze.

obrazek pochodzi ze strony: https://www.facebook.com/sonispherepolska

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

HEAVY METAL OVERLOAD

... and classic rock too!

Racja jest najmojsza....

Bo przecież nie Twojsza...

Twoja Stara Gra Metal

Metal i Piekło

Discover

A daily selection of the best content published on WordPress, collected for you by humans who love to read.

Longreads

The best longform stories on the web

The Daily Post

The Art and Craft of Blogging

The WordPress.com Blog

The latest news on WordPress.com and the WordPress community.

%d blogerów lubi to: