Koncert otwierał Armored Saint. Z racji tego że dwa dni wcześniej przed Savatage mnie nie zachwycili, zdecydowałem się odpuścić ich występ.
Metal Church

Miałem też ochotę, żeby w domu przeczekać występ kolejnego supportu, bo z płyt ich granie mnie zupełnie nie przekonuje. Ot poprawny heavy/thrash, wbijający czasem w patetyczne tony typowe dla power metalu- nie do końca moja działka. Na szczęście ciekawość zwyciężyła i kiedy Amerykanie zaczęli grać, byłem już w Studio.
Na żywo ich muzyka zyskuje na intensywności i energii, a pierwiastek thrashowy wysuwa się może nie na pierwszy, ale na bardziej widoczny plan. Pomogła w tym ewidentna radość z grania. Szczególnie było to widać po uśmiechniętym od ucha do ucha Davidzie Ellefsonie, który od zeszłego roku obsługuje w Metalowym Kościele bas.
Naprawdę udany występ.
Testament

Nie jestem pewien, czy tego wieczoru zespół zaliczył sold out, ale kiedy na intro z głośników polecieli Beastie Boys, na parkiecie klubu zrobiło się bardzo gęsto. A potem rozpętał się chaos. Najzagorzalsi fani robili sobie tylko krótkie przerwy od pogo, pod sceną ruch był właściwie cały czas i niech to świadczy o jakości tego koncertu. Na podstawie doświadczenia z krakowskiego Mystika i komentarzy w internecie obawiałem się o nagłośnienie, ale tego wieczoru było bardzo dobrze. Żadnych problemów z rozpoznawaniem piosenek, każdy instrument i wokale brzmiały bardzo klarownie. Podobnie jak koledzy z Metal Church, wszyscy muzycy grali z prawdziwym ogniem. Alex Skolnick wycinał wspaniałe solóweczki, Chuck Billy śpiewał bardzo dobrze, reszta też dawała radę.

Setlista opierała się głównie na dwóch filach: nowej płycie Para Bellum i trzech pierwszych krążkach. Do tego po dwa numery z The Ritual i The Formation of Damnation. Na chama mógłbym dopominać się czegoś z moich ulubionych (poza The New Order) The Gathering i Dark Roots of Earth, ale po co, skoro koncert miał dobry flow, bez spadków energii.

Ostatnimi czasy w domu Testamentu słucham coraz rzadziej. Mimo, że ich dyskografia nie ma jakichś totalnych mielizn, to zbyt wiele ich kompozycji, szczególnie w ostatnich latach, brzmi bardzo podobnie do siebie. Tym niemniej w wersji na żywo kwintet dał pokaz siły i wzmocnił moje rewizjonistyczne przekonanie, że to zespół Erika Petersona powinien należeć do Wielkiej Czwórki thrash metalu zamiast Anthrax.

Dodaj komentarz