Armored Saint

Pewnie urażę tutaj fanów Uzbrojonego Świętego, ale ten zespół kojarzy mi się głównie z tym gdzie ich wokalista, John Bush, miał śpiewać (Metallica) i gdzie śpiewał przez chwilę (Anthrax). Bo sama muzyka to taki sztampowy i prosty heavy metal w stylu Judas Priest i Saxon, ale bez zapadających w pamięć piosenek. Ich występ w Warszawie był poprawny i nic poza tym. Po dwóch numerach poszedłem obczajać merch.
Nevermore
Nawet nie będę próbował opisać mojego obesrania przed tym koncertem. Jednak obesraniu temu towarzyszyła też niepewność. Oto jeden z moich najukochańszych zespołów wraca po trzynastu latach przerwy. Za ikonicznego, przedwcześnie zmarłego wokalistę wchodzi turecki kulturysta z YouTube’a, w pakiecie z basistą też znad Bosforu. Na drugą gitarę biorą jakiegoś gołowąsa z fabryki przetworników. Dwaj oryginalni członkowie, czyli Jeff Loomis, który w międzyczasie zarabiał pieniądz w Arch Enemy, i Van Williams, wracający po okładaniu garów w zespołach, których nie kojarzy nikt poza archiwistami z Encyklopedii Metallum olali przy tym reunionie basistę Jima Sheparda. Czy to się mogło udać?

Nie mam pojęcia jak, ale słodki Jezu w morelach, tak, udało się. Od razu po intrze wjechali z “Beyond Within” i wszystko się zgadzało. Nagłośnienie, gra instrumentalistów i nowy frontman- Berzan Önen. Obczajcie jego kanał na YT- on umie zaśpiewać wszystko i potwierdził to tego wieczoru. Wyciągał zarówno skrajnie wysokie i niskie dźwięki, jednocześnie unikając kopiowania Warrela jeden do jednego. Drugi z nowych nabytków, Jack Cattoi świetnie uzupełniał się z Loomisem na gitarach. Jak odgrywali solóweczki w harmonii, to zapominałem nagrywać i tylko stałem z otwartą gębą jak głupek.
Jeśli chodzi o setlistę, to też nie mogłem się do niczego przyczepić. Najlepsze momenty to kończący wszystko “Enemies of Reality”, wyciskający łzy “Heart Collector” i brutalny “Born”, w czasie którego popędziłem pod scenę, by zderzać się z innymi maniakami w ścianie śmierci. Dziewięć piosenek, które zdążyli odegrać w te marne pięćdziesiąt minut to zdecydowanie za mało i pozostał srogi niedosyt.

Ogólnie kapitalny koncert. Śpiewałem, biegałem, przepychałem się i nawet kilka łez uroniłem.
I mimo, że muzyka Nevermore jest posępna i mroczna, to jakoś tak ciepło się na serduszku robiło, widząc jak wszyscy muzycy uśmiechali się, czerpiąc radość z gry i wspólnego przebywania na scenie.

A ptaszki ćwierkają, że trwają już prace nad nowymi piosenkami. Czy Jeff Loomis pamięta jak pisać doskonałe utwory? I przede wszystkim, czy Berzan Önen poradzi sobie z pisaniem tekstów po angielsku, które wytrzymają porównanie ze słowami Warrela Dane’a? Wierzę, że tak i mam nadzieję, że przekonamy się o tym jak najszybciej.
Savatage

Podobna kwestia jak z Amored Saint. Poprawny występ występ zespołu, którego muzyka totalnie mnie nie interesuje. Heavy metal z progresywnym zacięciem. Przesłuchałem kilka najpopularniejszych piosenek i nic mi nie dygło, a koncert tego nie zmienił. Nie miałem oporów, żeby zmyć się po dwóch piosenkach, żeby coś zjeść przed podróżą pociągiem do Krakowa.

Dodaj komentarz