Devin Townsned Project – Stodoła, Warszawa – 16.03.2015.

Na wstępie chciałbym podziękować dobrej wróżce z czasopisma Musick Magazine, która wylosowała mnie w konkursie, w którym nagrodą była wejściówka na koncert Deva. Oczywiście, nie mylcie wygranej w konkursie z akredytacją. Bądźmy poważni.
Dowiedziawszy się o wygranej, wyszarpałem urlop w korporacji, ustawiłem się z obcym typem z Fejsbunia (pozdro Bartek!) i wczesnym popołudniem wyruszyliśmy autostradą w kierunku stolicy. Na miejsce dotarliśmy sporo przed czasem, więc zdążyliśmy się jeszcze pożywić i na pół godziny do otwarcia drzwi ustawiliśmy się w kolejce, która niedługo po tym zawinęła się za rogiem. Drzwi zostały otwarte  punktualnie i dość szybko znaleźliśmy się w środku. A środek Stodoły wyglądał na trochę zaskoczony masami ludzkimi. Sklepik z merchem ustawiony tuż obok wejścia i szatni to nie był najlepszy pomysł. Podobnie jak dwie osoby przypadające na każdy z barów. Za to sala koncertowa była bardzo spoko- przestronna i  z wysoką sceną, tak, że nawet z daleka był dobry widok.
Zanim przejdę do meritum, krótko o publiczności. Pod względem wyglądu pełen przekrój. Od typowych metalowców, przez „normalnych” i hipsterów, po indywidua zupełnie z dupy. Palmę pierwszeństwa zgarnia typ w półdługich i pół-brudnych włosach, okularach zerówkach, białym, sprutym swetrze za tyłek i rurkach. Skąd się tacy biorą? Poza tym, moje bystre oko wyłapało członków paru zespołów, których nie lubię, takich jak Frontside, Materia i Thy Disease. Tak więc tak.

Shining
To był mój pierwszy kontakt z ich twórczością. Wyszli na scenę odziani w schludne, czarne ubranka i zajebali taki występ, że kapcie spadały. Dawno nie doświadczyłem tak potężnej dawki energii! W internetach znalazłem, że swoją muzykę nazywają „black jazz”, ale mnie się to bardziej kojarzy z hard core’owymi łamańcami spod znaku Dillinger Escape Plan czy Converge. Tylko, że jeszcze intensywniej i z saksofonem, który wokalista chwytał co jakiś czas. W ogóle intensywność, to pierwsze słowo, które przychodzi na myśl, kiedy myślę o tym wydarzeniu. Zdecydowanie koncert wieczoru!

Periphery
 Czyli melodyjny djent. Za ich płytami studyjnymi raczej nie przepadam, ale biorąc pod uwagę mega-hype jaki trwa na ich punkcie za oceanem, postanowiłem obadać bez uprzedzeń- a nuż zbudowali swoją pozycję na świetnych występach na żywo? Otóż nie. Może to kwestia słabego dnia dźwiękowca, ale w Stodole zabrzmieli, jakby zamiast trzech gitar mieli tylko jedną. Wszystko melodyjki gdzieś poznikały i słychać było tylko rytmy wybijane na najgrubszej strunie. Przez to wszystkie piosenki nie różniły się od siebie, czegokolwiek by nie wyczyniał obdarzony niezły głosem maciupeńki wokalista. Odnośnie wyglądu muzyków- może właśnie tu leży sekret powodzenia sekstetu? Bo każdy amator i amatorka męskiej urody znajdą tu coś dla siebie. Idąc od lewej: 1. długowłosy wrażliwiec, strzelający głupie miny; 2. Typ drwalo-seksualny; 3. Wspomniany już niski wokalista, o zdecydowanie kobiecych ruchach; 4. Wielki Łysoń; 5. Egzotyczny szef całego projektu, czyli Misha Mansoor. Ogólnie, taki boys-band. I muzyka też taka sztuczna. Metalu w tym nie było za grosz.

Devin Townsend Project
Dla łysego Kanadyjczyka nie był to raczej najprzyjemniejszy wieczór w życiu. Między piosenkami opowiadał, że ciężko mu znieść rozłąkę z rodziną i że nie przepada za długimi trasami. Szczęśliwie dla publiczności, nie odbiło się to jakoś znacząco na występie. Zacznijmy od set listy. Mimo, iż trasa promowała podwójną płytę Z do kwadratu, to usłyszeliśmy piosenki z większości jego płyt solowych, wliczając w to debiutancki Biomech („Night”) czy Physicist. I choć jak wspomniałem już, nastrój Devina odbiegał od idealnego, kiedy wywrzaskiwał kolejne wersy „Namaste” czy wieńczącego całość „Kingdom” słychać było tylko pasję i szaleństwo. I tu mała dygresja: w relacji z występu Periphery narzekałem, że nie było w tym metalu, a jednak nie przedstawiłem takiego zarzutu w stosunku do pana Townsenda, który przy „Lucky Animals” każe publiczności machać dłońmi (sprawdźcie co to jest „jazz hands”) i ogólnie szatana w jego twórczości nie ma prawie wcale. Sprawa jest prosta- Periphery jest grzeczniutkie i wypolerowane, a u Devina, mimo lat na karku i stosunkowo lajtowej muzyki, ciągle tli się iskra szaleństwa, która sprawia, że nagrywa on płyty o uzależnionych od kawy kosmitach. Koniec dygresji. Wykonawczo, tradycyjnie już, cały zespół bez zarzutu.

Podsumowując, wieczór zaliczam do udanych. Poznałem nowy fajny band, a Devin zagrał solidny koncert. Periphery zaś… Albo nie. Im mniej o nich, tym lepiej.

obrazek wzięty z youtube.com

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

HEAVY METAL OVERLOAD

... and classic rock too!

Racja jest najmojsza....

Bo przecież nie Twojsza...

Twoja Stara Gra Metal

Metal i Piekło

Discover

A daily selection of the best content published on WordPress, collected for you by humans who love to read.

Longreads

The best longform stories on the web

The Daily Post

The Art and Craft of Blogging

The WordPress.com Blog

The latest news on WordPress.com and the WordPress community.

%d blogerów lubi to: