Krótka Piłka 2016 cz. 8

Piłka meczowa: Mithras: On Strange Loops
Troszkem tutaj rozdarty, bo z jednej strony rżną ze starego Morbid Angel aż furczy, ale z drugiej, kurwa, pięknie im to wychodzi. Dominująca brutalność jest kontrapunktowana przez subtelne melodie i takie trochę “kosmiczne” motywy, co w połączeniu z dobrze przemyślaną dynamiką całości sprawia, że pomimo wielkiej intensywności, płyta w ogóle nie męczy, ani się nie nudzi. Polecam serdecznie!

Acid Drinkers: P.E.E.P. Show
Gdyby ktoś mi puścił piosenki z PS pomieszane z numerami z 2 poprzednich albumów Acidów, nie kapnąłbym się zupełnie. Kolejna nijaka płyta Acidów. Niby nie jest jakoś źle- szybki thrash z elementami inspirowanymi rootsową Sepulturą, ale to dokładnie to samo poznaniacy grają od dobrych 5 lat, z takim samym mizernym efektem.

Alter Bridge: The Last Hero
Kolejna porcja nowoczesnego hard rocka od byłego (?) gitarzysty Creed i obecnego wokalisty w solowym projekcie Slasha. Ciągle jest to zbyt wychuchane i wypolerowane brzmieniowo, a na dodatek kompozycyjnie słabsze od poprzedniego wydawnictwa pt. Fortress. Wadą jest także czas trwania płyty- 71 minut to za długo nawet dla najlepszych, a co dopiero dla takich radio-roczków.

Asphyx: Incoming Death
Legendy holenderskiej sceny powracają z kolejną porcją skocznego death metalu. Niby było to grane milion razy, ale pysio samo się uśmiecha, a kark rusza w tan do tych piosenek.

Black Crown Initiate: Selves We Cannot Forgive
Death metal z power metalowo-operowymi zaśpiewami w refrenach. Beze mnie.

Coffinfish: Epilogue
Jedno-utworowa epka trwająca ponad 20 minut. W tym czasie leci wielowątkowa kompozycja, przypominający dokonania The Ocean, czyli taki atmosferyczny sludge metal, z licznymi przerwami na odsapnięcie od tego całe ciężaru. Nawet niezłe, ale wolę niemiecki oryginał.

Crowbar: The Serpent Only Lies
Stylistycznie bez zmian- ciężki walec z ładunkiem melancholijnych melodii. Tylko że tym razem jakoś trasa przejażdżki walca mało porywająca i jeden kurs wystarczy w zupełności.

Darkthrone: Arctic Thunder
Po tym jak na The Underground Resistance, norweski duet wskoczył z pełnym impetem do heavy metalowego jeziora, na Arctic Thunder wystawił jedną nogę z powrotem na czarny brzeg. Jeśli moja cudna metafora nie jest wystarczająco jasna, to na nowej płycie słychać zarówno wpływy NWOBHM, jak i starszy, dobry, blackowo-crustowy Darkthrone. Efekt końcowy jest na pewno ciekawy, a byłby zupełnie udany, gdyby kompozycje były trochę lepiej napisane. Ale i tak jest fajnie.

Deathspell Omega: The Synarchy of Molten Bones
W ogóle nie czuję tej płyty. Niby jest tu chaos i mrok, ale w porównaniu z kapitalnymi wydawnictwami m.in. Misthyrming czy Oranssi Pazuzu, które wręcz straszą słuchacza, The Synarchy… brzmi bardzo bezpiecznie i czysto. Zdaję sobie sprawę, że bez DsO tych dwóch bandów by nie było, ale to nie zmienia mojego nastawienia do tej płyty.

Earth Ship: Hollowed
Niemieckie sludge’e z czystymi wokalami w stylu Alice in Chains. W sumie nie brzmi źle, ale około trzeciego numeru zaczyna robić się nudno. Więc nie polecam.

Furia: Guido
Takie to bałaganiarskie i bez większego sensu. Z drugiej strony czuć ten pociągający, furiacki duch, więc nie jest to totalna skucha, ale w zestawieniu z Księżyc Milczy Luty wyraźnie gorsze.

Garbage: Strange Little Birds
Do Garbage, a przede wszystkim do ich rudej wokalistki, Shirley Manson, mam słabość od czasu ich debiutu. Taki fajny pop-rock z elementami elektroniki, dobrymi wokalami i ciekawą, trochę mroczną aurą. I to wszystko mamy na Strange Little Birds, jednak przeraźliwie brakuje tu hitów. Większość piosenek snuje się jak mucha pod sufitem w gorący wieczór. Jedynym jaśniejszym punktem jest świetny “Even If Our Love Is Doomed”, ale to za mało, żeby wracać do tego krążka.

Mantar: Ode to the Flame
Black metal z rock ‘n’ rollową motoryką, nagrany przez niemiecki duecik. Problemem tej płyty jest genialna “Era Borealis”, która przyćmiewa całkiem niezłą resztę piosenek do tego stopnia, że tylko o niej pamiętamy, gdy wybrzmi ostatni nutka.

Marissa Nadler: Bury Your Name
Gitara akustyczna plumka, a pani wyśpiewuje melancholijne piosenki. Zaczyna się robić nudne w połowie pierwszego utworu.

Novembre: URSA
Takie bardziej skoczne Riverside, z ostrzejszymi momentami- czyli progresywny roczek z długimi kompozycjami i pełen podniosłych melodii. Świetne na bezsenność.

Red Fang: Only Ghosts
U Red Fang jak zwykle- niezobowiązujący stoner roczek. Jak leci to miło buja, jak nie leci to jakoś wielce nie tęsknię, więc najwyżej średnia płyta.

Run the Jewels: Run the Jewels 3
RTJ numer 2 był chyba tylko świadectwem krótkiej zadyszki, gdyż przepotężny rapowy duet El-P i Killer Mike powracają w super formie, chłoszcząc słowem i porywając podkładami. Prawie tak dobre jak debiut.

Serpentine Dominion: Serpentine Dominion
Adam Dutkiewicz myślał, że umie w death metal. Otóż nie. Jego poboczny projekt brzmi wymuszenie i sterylnie, jakby dokonał recyklingu wszystkich cięższych partii swojej macierzystej kapeli, Killswitch Engage. Zatrudnienie Corpsegrindera Fishera w niczym nie pomogła i jest to po prostu niestrawna kupa, z dobrymi wokalami.

Terra Tenebrosa: The Reverses
Maski, tajemnica i black metal- znacie? To posłuchajcie, bo mimo, że wspomniane elementy były już wykorzystywane razem wielokrotnie, to muzyka Szwedów usprawiedliwia zainteresowanie kolejną ekipą przebierańców. Jest ciężko i mrocznie, z odpowiednią dozą melodii- czego więcej chcieć? Jedyne zastrzeżenie budzi efekt “na robota” nałożony na wokal w niektórych miejscach, ale idzie się przyzwyczaić. Bardzo fajna płyta.

Thy Catafalque: Meta
Węgierski metal? Pierwsze skojarzenie: wąsaty typ siedzi nad garem gulaszu i gra jakieś epickie patataje. Na szczęście nie tym razem! Thy Catafalque to jednoosobowy projekt Tamása Kátaia, w którym miesza on, jak we wspomnianym garze rozmaite odmiany blacku (klasycznie norweski, atmosferyczny i awangardowy) z folkiem i elektroniką. Nie powiem, dla mnie samego ten opis brzmi odstręczająco, ale po raz trzeci wybrałem się z Tamasem w podróż szlakami jego szalonej i wyobraźni i znowu było super. Ciągłe zmiany nastrojów nie detonują kompozycji i całości słucha się jak jednej, szalonej, ale naprawdę ciekawej suity. Godne podziwu i miłe w słuchaniu.

Ulcerate: Shrines of Paralysis i Zhrine: Unortheta
Death metalowe wersje modnych ostatnio chaotycznych blaczków w stylu DeathSpell Omega. Różnica między tymi dwoma wydawnictwami jest taka, że Ulcerate jest zdecydowanie brutalniejszy, a Zhrine opiera się na melodiach typowych dla Goteborga i okolic. W obu przeszkadza mi trochę za czysta produkcja, ale głównym grzechem tych płyt jest fakt, że nie słychać na nich żadnego czynnika X, czegoś co by przyciągało, jak choćby strasznie paranoiczna atmosfera na debiucie Misthyrming albo po prostu dobre kompozycje. Można sobie podarować.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

HEAVY METAL OVERLOAD

... and classic rock too!

Racja jest najmojsza....

Bo przecież nie Twojsza...

Twoja Stara Gra Metal

Metal i Piekło

Discover

A daily selection of the best content published on WordPress, collected for you by humans who love to read.

Longreads

The best longform stories on the web

The Daily Post

The Art and Craft of Blogging

The WordPress.com Blog

The latest news on WordPress.com and the WordPress community.

%d blogerów lubi to: