Aggressor: XXX

Dzisiejszy wpis jest historyczny z przynajmniej dwóch powodów. Po pierwsze jest moim debiutem na platformie WordPress, a po drugie zawiera w sobie pierwszy wywiad na Twojej Starej. Jeśli macie jakiekolwiek uwagi odnośnie do nowego wyglądu, czy też moich pytań, proszę o komentarze tutaj albo na Facebooku.

36102_logo

A teraz weźmy się za Aggressora. Pierwsza rozmowa jest z wokalistą, Robertem „Nasty” Kaczmarkiem, który opowiedział o historii zespołu i szczegółach krążka XXX. Następnie o tajnikach bębniarskiego fachu i inspiracjach kilka słów od perkusisty, Krzysztofa Klingebeina. Na samym dole recenzja płyty.

Robert „Nasty” Kaczmarek:

TS: Z tego co wyczytałem na Metal Archives, Agressor powstał w roku 1988, jednak na Waszym fanpage’u facebookowym widziałem, że świętowaliście 30tkę w 2017. Jaka więc jest faktyczna data narodzin zespołu?

N: AGGRESSOR( tak dokładnie piszemy naszą nazwę ) wydał w 1988 swoje 1 demo, a pierwszy skład i numery zawiązały się w 1987roku.

TS: Czemu pierwsze oficjalne wydawnictwo (po pięciu demówkach) wyszło dopiero 20 lat po rozpoczęciu działalności?

N: Wydaliśmy 4 demówki, a nie pięć, ale mieliśmy trochę przerwy i próbowaliśmy sklejać skład z różnymi lokalnymi muzykami. Dopiero gdy doszli do nas Zwierzak i Hacel zdecydowaliśmy się wydać CD.

TS: Tym co wyróżnia zawartość „XXX” to polskie teksty. W ekstremalnym metalu zdecydowana większość zespołów wybiera angielski, czy to ze względu na jego plastyczność (krótsze słowa, większy nacisk na rytmiczność) czy też ambicje wyjścia z muzyką poza granice kraju. Co kierowało Wami, kiedy zdecydowaliście się śpiewać „po naszemu”?

N: Stwierdziliśmy, że i tak nie gramy poza granicami naszego pięknego kraju i powracając do korzeni (3 pierwszych demówek) zrobimy niezłą frajdę naszym fanom rycząc po naszemu.

TS: Pozostając przy warstwie tekstowej, to o ile dobrze zrozumiałem, Wasz przekaz jest  dość pozytywny jak na zespół death metalowy. Nie sławicie diabła, nie opisujecie brutalnych morderstw, a raczej skupiacie się na polityce i tematach związanych z przeżyciami wewnętrznymi- niezgoda na fałsz, piętnowanie ludzkich wad itd. Czy dobrze to zrozumiałem i czy chciałbyś może coś dodać?

N: Bardzo dobrze odbierasz nasze teksty, o to właśnie nam chodzi.

TS: Czy mógłbyś zdradzić Wasze bieżące inspiracje? Ja słyszę przede wszystkim dużo tradycyjnego, amerykańskiego deathu z Florydy, na czele z Morbid Angel i Obituary, czyli zespołów, które zaczynały mniej więcej wtedy co Aggressor.

N: Każdy z nas ma swoją czołówkę i słuchamy przeróżnej muzy, ale są na pewno na górze naszej listy: Morbid Angel, Immolation, czy pierwszy Terrorizer…

TS: Czy słyszałeś tegoroczne wydawnictwa klasyków gatunku: Obituary, Cannibal Corpse i Morbid Angel? Jeśli tak, co o nich sądzisz?

N:  Obituary słuchamy mało, no a Morbid Angel i Cannibal Corpse grają swoje i starają się nie wyjeżdżać poza swoje ramki.

TS: Jakie jest znacznie okładki „XXX”? Czy ta zamarznięta, pokryta soplami wieża i płomień w środku mają symbolizować przebudzenie zespołu i zapowiedź ofensywy koncertowo-płytowej?

N: Myślę, że właśnie coś w tym stylu i że odmłodzony skład doda nam dużo świeżości.

TS: Kim jest Mietek D.?

N: Mietek D. to po prostu Mietek Drinker – postać z naszych pierwszych tekstów.

TS: „Zapałki” jako jedyny numer nie wpisuje się w ramy death metalu, będąc czystym hard-core punkiem. Mógłbyś powiedzieć coś więcej na temat tej piosenki?

N: Właśnie tak trochę dziwnie powstał ,gdy kiedyś na próbie Broda ogrywał sobie nowy motyw, a w trakcie tego, ktoś za drzwi wsadził nam łeb do kanciapy z zapytaniem o zapałki, a my wykrzyczeliśmy w trakcie grania „NIE MA ZAPAŁEK I CHUJ!”  I tak już zostawiliśmy to jako nasz najkrótszy kawałek. Cieszy się on zawsze na naszych koncertach sporym zainteresowaniem i musimy grać go kilka razy. Zapraszam więc na nasze koncerty! POZDRO!!!

 

Krzysztof Klingbein:

TS: Poza tym co słyszałem na „XXX”, widziałem Twój kanał youtube i to co wyprawiasz na bębnach robi duże wrażenie. Kiedy zacząłeś grać i jak często ćwiczysz, by osiągnąć taką formę?

KK: Zacząłem grać na bębnach jakoś pod koniec 2012 roku. Do mojego pierwszego zespołu, którego nazwy nawet nie pamiętam (nie wiem, czy w ogóle miało to coś nazwę) dołączyłem we wrześniu. Wcześniej grałem przez rok na bębnach z Guitar Hero. Graliśmy sobie jakąś Metallikę, Nirvanę itp., gdzie bity i jakieś tam poczucie rytmu podłapałem właśnie z GH. No i przyszedł czas na Resurrection. Mój dobry kumpel Michał Badowski napisał do mnie czy nie chciałbym przyjść na próbę i sobie pograć. Od razu się zgodziłem, dostałem z 2 numery i miałem się ich szybko nauczyć. Rozpoczęliśmy „współpracę” jakoś na nowy rok, gdzie zaczęliśmy grać jakieś gigi itp. Pierwsze moje lata grania na bębnach były żartem. Przez jakoś 3 lata miałem to po prostu gdzieś. Nie przychodziłem na próby, spóźniałem się na nie po kilka godzin, zero ćwiczeń w domu i zero jakiegokolwiek zainteresowania zespołem i graniem. Dopiero jak troszkę „dojrzałem” zacząłem patrzeć na to inaczej i powiedziałem sobie  „Kurde fajnie byłoby wziąć się w garść i zacząć coś robić, bo niby mam do tego predyspozycje”. Od tamtego momentu zacząłem ćwiczyć od 3 do nawet 6 godzin dziennie, jeśli czas mi na to pozwalał. Dopiero od tego momentu, zacząłem ogarniać po co jest metronom. Ćwiczyłem po tyle godzin przez długi okres czasu, jakoś przez 1,5 roku. Nie pamiętam już dokładnie, ale wyszło na dobre. Teraz od dłuższego czasu ćwiczę sobie na spokojnie od 2-3h dziennie, bo wiem, że więcej mi nie potrzeba. Według mnie każdy powinien ćwiczyć na 1000% nawet przez 1h niż odwalać lipę przez 10… Od poniedziałku do piątku gram u siebie na salce od 15-16 do 19-19.30, a w weekendy nawalam w pada, czasami 1h czasami 3. Staram się ćwiczyć w każdej wolnej chwili, ale też nie chce przekładać tego nad moje życie prywatne. Nie wyobrażam sobie nie spotkać się z kumplami lub z moją dziewczyną przez długi czas „bo ćwiczę”. Według mnie trzeba znaleźć czas i na granie i na swoje życie prywatne. Najważniejsze w bębnach jak w sumie w każdym instrumencie jest to, by ćwiczyć codziennie i nie być leniem.

TS: Który perkusista miał/ma na Ciebie największy wpływ? Czy miałeś taki moment, że zobaczyłeś/usłyszałeś kogoś i postanowiłeś: „Tak, to jest to co chcę robić”?

KK: Jeżeli chodzi o perkusistów, to na pewno mogę wymienić w pierwszej kolejności Larsa z Mety. Zawsze go oglądałem na początku swojej przygody z bębnami i brałem z niego przykład. Odkąd zacząłem ćwiczyć na poważnie, zafascynował mnie od razu George Kollias z Nile. Jak dla mnie jest bogiem tego instrumentu. Dalej biorę przykład właśnie z niego, lecz od pewnego czasu próbuję wyrobić swój własny styl, dlatego że bardzo dużo zagrywek Kolliasa mi się wgrało w głowę i nie mogę czasami tego zatrzymać. Bardzo lubię grę Pavulona z Hate. Miałem okazję supportować jego band i pogadać z nim- super perkusista jak i super człowiek. James Steward z Vader.. Mógłbym wymieniać godzinami zajebistych perkusistów. Moim momentem, w którym stwierdziłem, że chce grać „deszcz metal” był koncert Gnidy w moim mieście. Wtedy byłem na etapie grania z Resurrection takiego „lekkiego thrashu”. Gdy zobaczyłem Lucassa jak sie rozgrzewa, to nie mogłem uwierzyć, że człowiek może tak szybko nawalać sobie pałeczkami na rozgrzewkę o kolana. Pierwszy raz widziałem coś takiego, wcześniej nie ogarniałem żadnych deathowych perkusistów, bo tak jak wspomniałem miałem gdzieś granie. Właśnie ten moment zachęcił mnie do grania i powiedzenia sobie słów, które wymieniłem w 1 pytaniu. Po koncercie Gnidy od razu zacząłem myśleć, że chce grać jak Luc! Mogę otwarcie powiedzieć, że właśnie ten człowiek zachęcił mnie do ćwiczeń. Po dłuższym czasie miałem okazje go supportować i od tamtego momentu mamy do dziś dobry kontakt.

TS: Poza Aggressorem udzielasz się jeszcze w brutal death metalowym Resurrection. Czy interesuje Cię jeszcze jakaś muza spoza takich ekstremalnych klimatów?

KK: Staram się być otwarty na każdą muzykę. Od pewnego czasu zacząłem próbować grać  rock, funk, jazz..  Jak coś mi sie spodoba, to od razu mam chęć się za to zabrać, ale teraz brakuje mi czasu, bo mam dużo zleceń sesyjnych. Słucham bardzo różnej muzyki, najlepsze jest to że death metalu słucham najmniej. Staram się wchodzić w inne gatunki, bo jak byłem młodszy to zamknąłem się tylko w poszczególnych zespołach. Od kilku lat w ogóle zacząłem słuchać innej muzyki niż metal. Słucham od muzyki elektronicznej, polskiego i zagranicznego rapu do najbrutalniejszych slamów jakie mogę tylko znaleźć. Staram się też słuchać randomowych, nieznanych zespołów, by wlatywały mi do głowy pomysły. Czasami się zdarzy, że nawet ze spokojnych piosenek wleci jakiś mały fragment, który mogę wykorzystać do death metalu!

a8a4e52b4551b450b81395f297d5

AGGRESSOR: XXX

Oj jakże dobry był ubiegły rok dla metalu śmierci. Świetne płyty zaprezentowali zarówno weterani, jak i młodzi gniewni. W tym natłoku łatwo umknąć mogła czwarta płyta słupskiego Aggressora, a byłaby to spora strata! Trochę więcej o historii tego zasłużonego bandu znajdziecie w wywiadzie powyżej, a tu skupię się na zawartości krążka.

Od początku uwagę zwraca użycie języka polskiego we wszystkich tekstach. Ma to niebagatelny wpływ na rytmikę partii wokalnych i nadaje muzyce powiew egzotyki, przez co wyróżnia się na tle 99% wydawnictw z  ciężką muzą. Sam fakt pisania po polsku to u mnie automatyczne punkty „za odwagę”, na szczęście w przypadku słupszczan mogę pochwalić również same liryki. Są proste i bezpośrednie, przez co nie tylko dobrze pasują do muzyki, ale też omijają z dala pułapkę kiczu, który w zamyśle autora miał być poezją (patrzę na Was, chłopcy Hunterowcy). Podobnie zresztą z warstwą instrumentalną. Bez zbędnego kombinowania czy silenia się na oryginalność, kolejne numery śmigają naprzód, aż micha się cieszy. Tyle w tych dźwiękach energii, że zanim nie sprawdziłem profilu zespołu na Metal Archives, myślałem, że to grają debiutanci i zachodziłem w głowę, o co chodzi z tytułem płyty.

Co do minusów, to są dwa, ale dość drobne. Najwięcej płycie pomogłoby wycięcie 2-3 numerów ze środka. Kawałki na XXX mimo, że dobre, są w większości podobne do siebie i pod koniec robi się trochę nudno. Na szczęście sytuację ratują dwie ostatnie piosenki: hardcore’owe „Zapałki” i „Mietek D.”. Obie znacznie krótsze i szybsze od reszty materiału, stanowią miłą odmianę. Kolejny zarzut dotyczy pojedynczych momentów, kiedy wokale brzmią trochę jak beknięcia. Pół biedy, kiedy słucham na głośnikach, ale w przypadku słuchawek miałem odczucie, jakby komuś się odbijało prosto w moje ucho. Oba zarzuty to jednak drobiazgi i nie umniejszają radości z obcowania z tym krążkiem.

Podsumowując jest to zdecydowanie dobra płyta i wszyscy fani tradycyjnego deathu powinni ją obadać.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com.

Up ↑

HEAVY METAL OVERLOAD

... and classic rock too!

Twoja Stara Gra Metal

Metal i Piekło

Discover

A daily selection of the best content published on WordPress, collected for you by humans who love to read.

Longreads

The best longform stories on the web

The Daily Post

The Art and Craft of Blogging

The WordPress.com Blog

The latest news on WordPress.com and the WordPress community.

%d blogerów lubi to: