Impact Festival – Tauron Arena, Kraków – 26.06.2018.

20180626_212444

Wstęp / LiveNation:
Już chyba wszyscy zdążyliśmy się przyzwyczaić do wysokich cen biletów, sięgających ponad 300zł w przypadku największych gwiazd. W związku z tym nie miałem większych oporów, by zażyczyć sobie wejściówkę na Impact Festival na urodziny. Kosztowała ona moją rodzinę 335zł + koszty obsługi i przesyłkę, czyli pewnie ok. 360. W ramach tej kwoty miałem zagwarantowane wejście na płytę. Czyli zupełnie tak samo, jak ludzie, którzy kupili ten sam bilet na początku maja za 80 (!!!) złotych polskich. Nie muszę chyba opisywać, że wkurwiłem się na taki stan rzeczy okrutnie. Jeśli czyta to ktoś z LN, to moglibyście przy następnej takiej sytuacji dać jakiś bon na kolejne zakupy albo choćby open bar. Bo w zaistniałej sytuacji, osoby, które wyłożyły kasę wcześniej, dając Wam zabezpieczenie finansowe, zostały potraktowane jak zwykli frajerzy. Słabo w chuj.

Atlas Arena:
Po złych doświadczeniach ze stadionami w Poznaniu i Warszawie, miałem pewne obawy względem miejscówki. Na szczęście Tauron Arena jest nieźle zaprojektowanym obiektem, przystosowanym do ogarniania dużej liczby gości i z odpowiednio przygotowanym od strony akustycznej (o tym później). Plan budynku przypomina mi trochę Oracle Arena z Oakland, gdzie w zeszłym roku oglądałem zmagania Golden State Warriors. Hala koncertowa okrążona jest szerokim korytarzem, po którego wewnętrznej stronie znajdują się wejścia na trybuny, punkty gastronomiczne i toalety. Pewnym minusem były tylko dwa zejścia na płytę, ale dzięki temu, jeśli się trochę pochodziło, można było znaleźć mało zatłoczone toalety nawet przed samym Ozzym, bo większość ludzi okupowała (hehe) te najbliżej schodów.

Oferta gastronomiczna ograniczała się do zapiekanek, hot-dogów i nachosów. Czyli takie absolutne minimum, szczególnie, że nie można było wyjść na dwór (albo jak mówią w Krakowie: na pole), bo bilet tracił ważność. Do picia były tylko słabe piwa i napoje bezalkoholowe, więc myślę, że następnym razem zrobię się czymś mocniejszym po drodze.

Galactic Empire:

20180626_184559

Pięciu typów w kostiumach z Gwiezdnych Wojen grający tematy muzyczne z soundtracku do Gwiezdnych Wojen w wersji metalowej. Jakby ktoś zaproponował mi obejrzenie tego na youtube, zastanowiłbym się dwa razy, ale skoro już byłem na miejscu to posłuchałem pół utworu, znudziłem się i wróciłem na korytarz kupić zapiekankę. Była raczej mierna, ale to i tak spory progres w stosunku do wydarzeń na scenie. Drogie LiveNation, czy naprawdę nie można było ściągnąć w miejsce tej wątpliwej jakości ciekawostki jakiegoś normalnego zespołu? Jeszcze rozumiem takie akcje na konwentach fanów fantastyki sci-fi, ale za miejsce supportu Osobourne’a setki wykonawców dałoby się pokroić.

Bullet for My Valentine:

20180626_193959

Za studyjną twórczością Walijczyków nie przepadam. Ich mieszanka melodyjnego metalcore’a i heavy jest dla mnie zbyt przesłodzona, a momentami wręcz kiczowata. Kilka hitów jest słuchalnych, ale nic lepszego nie mogę o nich powiedzieć. Zdziwił mnie zatem ich naprawdę solidny występ tego wieczoru. Zespół był zwarty i równy, kładąc nacisk na cięższe kompozycje, a frontman Matt Tuck szczęśliwie ograniczył konferansjerkę do minimum. Doskonale rozumiem osoby dla których BFMV jest niestrawne, ale tego wieczoru zagrali i zabrzmięli naprawdę dobrze.

Ozzy Osbourne:

20180626_210734

O 21 zgasły wszystkie światła i z głośników poleciało wyczekiwane intro “La Fortuna”, a na czterech telebimach pojawiły się zdjęcia przedstawiające Księcia Ciemności z różnych okresów życia. Po tym jak wybrzmiała ostatnia nuta z taśmy, na scenę wpadł zespół towarzyszący Ozzy’emu, składający się z basisty Blasko, Tommy’ego Klufetosa za perkusją, klawiszowca Adama Wakemana i oczywiście blond-włosego wirtuoza Zakka Wylde’a, ubranego w kilt. Poza tym ostatnim, największe wrażenie robił Klufetos, który na zbliżeniach wyglądał jak Plastic Man, z kończynami powyginanymi w nienaturalny sposób, z dzikością okładający swe bębny. Trochę przypominał połączenie Johna Bohnama i Billa Warda. Ta czwórka ruszyła z “Bark at the Moon”. Napisałbym klasycznym, ale musiałbym powtarzać ten epitet przy każdym numerze, bo setlista ograniczyła się do klasycznych właśnie pierwszych sześciu albumów, z pominięciem Diary of the Mandman i No Rest for the Wicked. Mnie najbardziej ucieszyły “Suicide Solution” i “No More Tears”. Do tego doszły 3 piosenki z repertuaru Black Sabbath: “Fairies Wear Boots”, “War Pigs” i “Paranoid”. Same strzały w dziesiątkę.

Tuż przed początkiem pierwszej zwrotki na scenę wkroczył On. Obchodzący w grudniu tego roku swoje 70-te urodziny Osbourne może nie porażał energią, ale daleko mu do ospałości. Pomijając krótką przerwę w połowie, kiedy swoimi umiejętnościami popisywali się instrumentaliści, przez cały czas był w ruchu, przechadzając się po scenie, klaszcząc i oblewając pierwsze rzędy wodą z wiader. No i śpiewał. Śpiewał tak dobrze, że co jakiś czas z niedowierzaniem gapiłem się na wielkie ekrany, żeby upewnić się, czy nie dochodzi tu do jakichś przekrętów w postaci playbacku. Ale nie, wszystko było w porządku, a legenda heavy metalu świetnie radziła sobie z kolejnymi numerami. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to może trochę za dużo było z jego strony cheerleadingu, kiedy co chwila zachęcał ludzi do zabawy. Tym bardziej, że było to zupełnie niepotrzebne- publiczność dopisała nie tylko pod względem frekwencji, ale również zaangażowania, tańcząc, machając rękami i oczywiście śpiewając.

Wracając do wspomnianej na początku kwestii dźwięku, wszystko brzmiało tak jak powinno. Ściany Tauron Areny są odpowiednio wygłuszone, więc nie dochodziło do dźwiękowego bałaganu ani typowego dla polskich stadionów echa. Akustycy też wywiązali się ze swoich zadań na medal i wszystkie instrumenty oraz papę Oza dobrze było słychać. Tak więc brzmienie zdecydowanie na plus.

Ogólnie więc, jeśli uznamy pierwszy support za nieśmieszny żart i udamy, że go nie było, wieczór należy uznać za bardzo udany. Bullet for My Valentine okazali się niespodziewanie rzetelnym rozgrzewaczem, a Ozzy zaprezentował show na światowym poziomie, dając fanom dokładnie tego czego się spodziewali. No i cieszy mnie, że największy obiekt w mieście w którym mieszkam od niedawna, świetnie spisuje się jako hala koncertowa. Dziwnym więc nie jest, że wracałem do domu w świetnym nastroju.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

HEAVY METAL OVERLOAD

... and classic rock too!

Twoja Stara Gra Metal

Metal i Piekło

Discover

A daily selection of the best content published on WordPress, collected for you by humans who love to read.

Longreads

The best longform stories on the web

The Daily Post

The Art and Craft of Blogging

The WordPress.com Blog

The latest news on WordPress.com and the WordPress community.

%d blogerów lubi to: