Krótka piłka 2012 cz.1

 

3 Inches of Blood: Long Live Heavy Metal – młody zespół z dwoma wokalistami (a’la King Diamond i drugi skrzeczący po blackowemu), grający klasyczny heavy metal. Zrzynają równo, głównie z Judasów, ale i tak całoiść jest całkiem przyzwoita.

Accept: Stalingrad – niemiecki heavy metal. Poprzednią płytą, Blood of the Nations zniszczyli mnie, ta jest „jedynie” dobra, a psują ją kiczowate melodyjki, wzbudzające uczucie patosu.

Anathema: Weather System – liverpoolczycy trzaskają te swoje akustyczno-progrockowe albumy jak na zawołanie. A najdziwniejsze, że ciągle nie wypuścili jakiegoś gniota. Kolejna bardzo dobra płyta.

Asphyx: Deathhammer – death’n’ roll w stylu Goatwhore z silnymi wpływami (czyt. „z mnóstwem riffów zerżniętych od”) Slayera i wokalem w stylu Lemmy’ego. Daje radę, acz płytka mogłaby być z ¼ króstsza.

Azaghal: Nemesis – melodyjny black, z fajną, brudną produkcją i częścią tekstów po fińsku. Nic nadzwyczajnego.

Behold! The Monolith: Defender, Redeemist – całkiem fajny, z letka pokręcony sludge. Słyszalne wpływy Kylesy i bardziej rockowe Red Fang, ale przede wszystkim Neurosis.

Borknagar: Urd – symfoniczny black z operowymi wokalami. Gardzę i plwam.

Cadaveria: Horror Metal – imię artystki i tytuł płyty mówią w zasadzie wszystko. Pop metalowa cepelia. Zdarzają się ciekawsze fragmenty, ale nie ratuje to płyty, która jest raczej żenująca.

Cancer Bats: Dead Set on Living – kolejny album rock ‚n’ rollowych hard core’owców. Szkoda, że jedyną zmianą w stosunku do poprzednich jest wygładzenie brzmienia. Ogólnie takie sobie.

Cannibal Corpse: Torture – klasycy brutalnego nakurwu, znowu brutalnie nakurwiają. Monotonne ale znośne.

Cattle Decapitation: Monolith of Inhumanity – zaskakująco zróżnicowany i fajny grind. Niby ciągle zapodają konkretny nakurw, ale jak najbardziej da się tego słuchać.

Dodecahedron: Dodecahedron – w miarę brutalny black, z awangardowymi wstawkami, przypominający Blut Aus Nord. Trochę przekombinowane.

Dr John: Locked Down – wyluzowana mieszanka bluesa, funki i soulu, w klimatach lat 70-tych. Relaksujące.

Emmure: Slave to the Game – jakkolwiek przemawiają do mnie nawiązania do popkultury (komiksy, Street Fighter i Transformers, etc.) to muzycznie jest to kicha. Nie tak tragiczna, jak wszyscy twierdzą, ale jednak. Za dużo breakdownów, za mało muzyki.

Furia: Marzannie: Królowej Polski – zdecydowanie największa “gwiazda” jeśli chodzi o melodyjny black metal w tym kraju. Szkoda, że tą płytą spuścili trochę z tonu, ale i tak są tu 2 kawałki absolutnie niszczące, a pozostałe, mimo, że słabsze, to jakoś totalnie nie odrzucają.

God Forbid: Equilibrium – do bólu amerykański (czyli, innymi słowy, lekko kiczowaty i wpadający w patos) melodyjny metalcore. Fajnie, że kombinują trochę z motywami djentowymi, ale fajniej by było, gdyby ich kompozycje były ciekawsze i pozbawione patetycznych momentów.

Jeff Loomis: Plains of Oblivion – powtórka z solowego debiutu. Jeff grać umie, riffy też fajne mu wychodzą, ale przydałby się tu głos Warrela Dane’a, bo trochę wieje nudą (nawet tam gdzie są wokale żeńskie). Najlepszy jest kawałek z wokalnym udziałem Ihsahna.

Lamb of God: Resolution – bardzo nierówna płyta. Obok typowych owieczkowych numerów, są tu zarówno próby (całkiem udane imho) flirtu z bardziej przystępnymi brzmieniami (“The Number Six”, “Insurrection”), powrót do hard-core’owych korzeni (“Guilty”, “Cheated”) czy też odstający od reszty, symfoniczny “King Me” (kojarzący się, pożal się borze, z twórczością rodzimego Huntera). Jakościowo też jest różnie, ale, koniec końców, płyta jest do przesłuchania, choć skróciłbym ją o 4-5 piosenek.

Lunar Aurora: Hoagascht – jakieś takie doomo-ambient-nie wiadomo co z niemieckimi wokalami. Raczej jako ciekawostka niż materiał do jarania się. I tak męczy przed połową.

Mgła: With Hearts Toward None – melodyjny, atmosferyczny black. Wszyscy się nad tym spuszczają, wg mnie dupy nie urywa, ale jest w porządku.

Mnemic: Mnemesis – nu metal z industrialnymi wtrętami. Brzydkie jak Steczkowska.

Napalm Death: Utilitarian – grindowa sieka w wykonaniu legend gatunku. Na dłuższą metę męczące.

Rise and Fall: Faith – zajebisty hard core, z soczystym brzmieniem. Prosto, bez zbędnych łamańców. Moc!

Shadows Fall: Fire from the Sky – kolejna nieudana, i, że tak powiem, bezjajeczna, próba odtworzenia magii The Art of Balance i War Within. Rezultatem jest coś określiłbym  mianem smooth thrash metalu- niby coś tam jest, ale gładkie, wypieszczone, zupełnie bez jadu. Szkoda, że to już któraś z kolei taka wtopa, bo do tej pory mocno kibicowałem chłopakom.

Shooter Jennings: Family Man – mix bluesa i country, prosto z amerykańskiej prowincji. Dobre do popołudniowego piwka, acz nie tylko.

Sunstorm: Emotional Fire – do bólu kiczowata zrzyna z rocka stadionowego lat 80-tych, w stylu Europe i Whitesnake. Mnie się podoba, ale raczej na krótką metę.

Tenacious D: Rize of the Fenix – lepsze od Pick of Destiny, gorsze od debiutu. W sumie dość średnie, jednak ma parę przezajebistych piosenek („Roadie”!), dla których warto obadać. Jeśli komuś odpowiada sprośny dowcip w oprawie z akustycznych gitar.

Tesseract: Perspective – akustyczny djent. O dziwo, całkiem znośne, pomijając występ wokalisty, który zdecydowanie za bardzo przeżywa to co się dzieje na płycie. Spoko przeróbka “Dream Brother” Jeffa Buckleya.

U.F.O: Seven Deadly – słychać, że panowie mają swoje lata i wychodzi taki geriatrock ™, ale i tak jest to ciekawsze niż zeszłoroczne propozycje ich rówieśników z Nazareth i Pentagram. Innymi słowy, nie podnieca mnie to, ale jak w tle leci to nie wkurwia.

Unleashed: Odalheim – taki black metalowy Amon Amarth. Sutów nie miażdży, ale jest całkiem przyjemne.

Van Halen: Different Kind of Truth – zadziwiająco przyzwoity powrót po latach. Da się słuchać, choć z klasykami, rzecz jasna, nie ma porównania, brak tego pazura. I David Lee Roth tak śmiesznie mlaska i sepleni. Btw. czy ktoś wie na 100% czy Avy Lee Roth jest jego córką?

Wizard Rifle: Speak Loud, Say Nothing – połamany mix stylów rozmaitych, sludge, stoner, hard core, psychodelia. Ledwo się to kupy trzyma, ale w odbiorze, o dziwo, przyjemne.obrazek wzięty z: http://saltatempomusic.blogspot.com

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

HEAVY METAL OVERLOAD

... and classic rock too!

Twoja Stara Gra Metal

Metal i Piekło

Discover

A daily selection of the best content published on WordPress, collected for you by humans who love to read.

Longreads

The best longform stories on the web

The Daily Post

The Art and Craft of Blogging

The WordPress.com Blog

The latest news on WordPress.com and the WordPress community.

%d blogerów lubi to: