Hybrydy to klub o idealnej lokalizacji dla przyjezdnych z innych miast. Nie tylko znajduje się w odległości 10 minut spacerem od dworca Centralnego, ale też otacza go sporo różnorodnych lokali gastronomicznych, od SubWaya, przez budę z falaflami, po kawiarnię i bar. Co więcej, sala koncertowa mieści się w piwnicy, co nie jest bez znaczenia w tych nieludzkich warunkach, które funduje nam tegoroczne lato.
Heavy Runner
Rola pierwszego otwieracza przypadła zespołowi Heavy Runner, łączącemu hard core z nu metalem. Taka mieszanka ma moim zdaniem pewien potencjał, który jednak nie znalazł realizacji w poczynaniach tej ekipy. Monotonne piosenki, dodatkowo zepsute bardzo słabym growlem wokalisty sprawiły, że trochę żałowałem tak wczesnego przybycia do klubu. Bo ani nie było to dobre, ani tak złe, by powodować jakąś chorą fascynację.
Embitter
Na szczęście kolejni wykonawcy, pochodzący ze stolicy Embitter, to już muzyka stojąca przynajmniej jedną półkę wyżej. Wściekły metalcore, kojarzący się bardziej z Integrity, niż z Converge czy Killswitch Engage, od pierwszych dźwięków wprawił moją głowę w rytmiczny ruch. I to w zasadzie tyle- rzetelny koncert.
The Lowest
Kolejni reprezentanci stolicy, dowodzeni przez wokalistę Pawła, który wygląda jak dziecko Tima Lambesisa z As I Lay Dying i Cypriana Łakomego z In Twilight’s Embrace. Poprzednio widziałem ich kilka lat temu na squacie Rozbrat w Poznaniu i nie zrobili wtedy na mnie najlepszego wrażenia- takie to jakieś bezpłciowe mi się zdawało. Nie wiem, czy to kwestia gry na własnym terenie, czy może faktycznie poświęcili ten czas na rozwój, ale tego wieczora w Hybrydach zabrzmieli bardzo dobrze. Stylistycznie nie odbiegali zanadto od kolegów z Embitter, ale ich numery były ciekawsze i bardziej dynamiczne. Fajnie wychodziła współpraca wokalna Pawła i perkusisty (który wrzeszczał nawet trochę lepiej od głównego gardłowego). Ich występ zachęcił mnie do zapoznania się z twórczością studyjną tego kwintetu.
Code Orange
Nadeszła godzina występu głównej gwiazdy wieczoru, a pod sceną nie zrobiło się jakoś zdecydowanie tłoczniej niż przedtem. Na moje niewprawne oko, w całym klubie było najwyżej jakieś sto osób. Z perspektywy Amerykańskiego kwintetu musiało to wyglądać słabo, szczególnie, że na bieżącej trasie grali jako support Slipknota przed wypełnionymi arenami w różnych częściach Europy. Tym większy należy im się szacunek, bo kompletnie zdewastowali wszystkich obecnych. Nie tylko odgrywali z werwą kolejne numery, ale byli w ciągłym ruchu, skacząc po scenie i machając gitarami, w czym przodował potężny basista Joe Goldman. Najlepsze momenty? Potężne “Spy”, melodyjne “Ugly”, czy super przebojowe “Bleeding in the Blur”. No i oczywiście “Forever”, kiedy muzycy zaprosili publiczność na scenę. Świetne zakończenie jednego z najlepszych koncertów ostatnich lat.
Mam nadzieję, że synowie i córka Pittsburgha wrócą jeszcze do smutnego kraju nad Wisłą i że przywita ich o wiele liczniejsza publiczność, bo zdecydowanie na to zasługują. Poniżej zdjęcie autora z utalentowaną i sympatyczną gitarzystką i wokalistką CO, Rebą Myers.
Skomentuj